niedziela, 9 kwietnia 2017

6. Tak wiele pytań

Cześć wszystkim. Trochę zamuliłem z tym światem, w międzyczasie pisząc rozdział na swój wytwór potterowski. Ale go nie porzuciłem. Rozdział ciut krótszy niż poprzednik, jednak cieszę się, że w ogóle powstał. Spiąłem się wczoraj, dzisiaj kawałek doszlifowałem i... przekonajcie się sami :)

Od momentu, gdy zobaczyła te dziwne światła i wybuchy, postanowiła wyruszyć właśnie w tamtym kierunku. Ścigacz pokonywał metry z niespotykaną prędkością, zbliżając ją do źródła tych zjawisk. Yuki, jak przystało na wojowniczkę, nie przestraszyła się tego.
Może to jakiś wypadek i ktoś potrzebuje pomocy? Muszę to sprawdzić!
W pewnym momencie las stał się na tyle gęsty, że młoda kobieta musiała porzucić swojego mechanicznego rumaka. Mając na sobie skórzaną kurtkę, ciemną koszulkę, spodnie z nogawkami do kolan i buty za kostkę, nie wyglądała na do końca gotową do leśnych wędrówek. Zanim ruszyła dalej, wyciągnęła z bagażnika średniej długości kij bojowy i niewielki plecak. Marudząc pod nosem na swoją ciekawość, zanurzyła się w morzu drzew. Natychmiast otoczył ją półmrok budzącego się ze snu lasu. Przeklinała swoją głupotę, ponieważ po zaledwie stu metrach pieszej wędrówki jej łydki były podrapane przez krzaki.
Miastowa się wybrała do lasu, pies by to…
Zanim zdołała dokończyć myśl, coś kolejny raz wstrząsnęło okolicą. Mogła złożyć przysięgi przed wszystkimi bóstwami, że poczuła drżenie ziemi. Z tego co wiedziała, to wielkie zwierzęta nie mieszkały tutaj. Gwałtowny podmuch wiatru pojawił się i zniknął tak szybko, że Yuki nie zdążyła zrozumieć, co go wywołało. Sądząc po sile uderzenia, jego źródło musiało być niedaleko, co tylko zmotywowało ją do kontynuowania śledztwa. Starając się wykorzystać wszystkie zmysły, młoda kobieta próbowała znaleźć chociaż najmniejszą oznakę pożaru. Nie było jednak dymu i ognia, a hałaśliwe zwierzęta cały czas rządziły na swoim terytorium.
Po kwadransie dotarła do miejsca, gdzie drzewa zaczęły rosnąć w większych odstępach, dzięki czemu nie musiała młócić kijem na lewo i prawo, żeby zrobić sobie przejście. Po kolejnym usłyszała odległy huk spadającej wody. Nie minęło nawet dziesięć minut, gdy wreszcie zatrzymała się na skraju lasu. Przysiadła pod drzewem, przeklinając przy tym cały świat. Wyciągnęła z plecaka niedużą butelkę wody i chciwie upiła z niej spory łyk. Przymknęła oczy, rozkoszując się spływającą przez gardło wodą i liżącym jej skórę słońcem. Nie minęło dużo czasu, gdy jej świadomość zrobiła sobie chwilę przerwy, zniewalając ją gwałtownym snem.
– KAME–HAME–HAAA! – Potężny okrzyk bojowy wyrwał ją z odrętwienia. Zaraz po nim jej oczy zostały zaatakowane tak jasnym światłem, że przebijało się przez zamknięte powieki. Yuki jeszcze nigdy nie zerwała się tak gwałtownie do pozycji stojącej. Oszołomiona obserwowała słup jasnego światła lecący w kierunku nieba.
Czy to jakaś nowa technologia wojskowa? W co ty się wpakowałaś dziewczyno?! Rodzice by byli bardzo zadowoleni, widząc cię na terenie ćwiczeń wojskowych. Nie mówiąc już o senseiu, który by cię wytargał za ucho, jak małe dziecko! Tylko czekać, aż jakiś żołnierz zacznie do ciebie mierzyć z karabinu!
Stała tak, z sercem niemiłosiernie tłukącym się o żebra. Czekała dobrą minutę, a pomimo tego nikt się nie zjawił. W tym momencie rozpoczęło się wewnętrzne tłumaczenie tego zjawiska przemęczeniem. Bo niby jak inaczej wytłumaczyć snop światła lecący do nieba?
– Spójrz na mnie jeszcze raz w taki sposób, Kintaro, a obiecuję połamanie ci obu rąk!
Ten głos… TO TEN DZIKUS!
Spojrzenie Yuki powędrowało jeszcze raz w kierunku szumu wody. Rzeczywiście, stały tam cztery osoby. Jedną rozpoznała bez problemu przez bujający się szczegół pokryty sierścią. Głęboki wdech i opanowanie emocji, tak jak przez lata uczono ją w dojo. Ściskając w prawej ręce kij bojowy, a w lewej plecak, z powoli budzącym się wojowniczym duchem, ruszyła w jego kierunku. Wreszcie miała mu odpłacić za tamten pojedynek.
Od tamtego turnieju minęło trochę czasu, a ona ledwo mogła rozpoznać mężczyznę. Im była bliżej, tym bardziej widziała, jak bardzo się zmienił. Dzikus był potężniejszy. Wielka góra mięśni w poszarpanych spodenkach o nierównych nogawkach. Lwia grzywa czarnych włosów poruszała się lekko pod wpływem wiatru.
– Ej, ty! Musimy sobie coś wyjaśnić, ty durny dzikusie! Masz ze mną zawalczyć jeszcze raz, a jak znowu będziesz sobie robić jaja, to obiecuję spuścić ci taki łomot, że nie będziesz chciał więcej z kimkolwiek walczyć! – Zawołała będąc już dość blisko. Zaciekawione spojrzenia trójki z nich – nieznanego blondyna, kobiety o tajemniczym uśmiechu i dziadka – zwróciły się w jej stronę.
– Znamy się? – Mężczyzna spojrzał przez ramię w jej stronę. Poczuła niepokojący dreszcz przebiegający wzdłuż kręgosłupa pod wpływem jego ciężkiego spojrzenia. Coś zabiło w nim tego energicznego naiwniaka. – A ty nawet nie drgnij, Kintaro.
Yuki zatrzymała się kilka metrów od nich. Wreszcie dzikus zaszczycił ją odwróceniem się. Umięśniona klatka piersiowa podnosiła się i opadała pod wpływem jego powolnego oddechu. Pod każdym względem patrzył na nią z góry, z tym samym nieprzeniknionym wyrazem twarzy.
– Chyba sobie jaja robisz, durny dzikusie! Miasto, turniej, walka, finał! Potraktowałeś mnie jak jakąś durną dziewczynkę w tym pojedynku! Nie proszę, ja żądam rewanżu! Tu i teraz! – Kipiąc ze wściekłości odrzuciła kij i plecak. Przyjmując pozycję bojową, spojrzała na niego wyzywająco.
No dawaj!
Mitsau leniwie przeciągnął się ziewając, a następnie odwrócił się do niej plecami i ruszył w kierunku wodospadu, pod którym rozbili obóz. Nieznany jej blondyn, z tego co wywnioskowała to Kintaro, patrzył na nią jak na ofiarę. Stojąca obok niego kobieta obdarzyła ją przelotnym spojrzeniem, skupiając się na oddalającym mężczyźnie. Za to dziadek podszedł do niej z miną nie do końca przepraszającą, nie do końca rozbawioną.
– Jesteś Yuki, tak? Pamiętam cię z turnieju, pięknie walczyłaś. Niestety, mój chłopiec ma teraz swoje humorki, przez co raczej nie ma ochoty walczyć – zaczął spokojnie, kłaniając się jej przy tym. – Powinnaś stąd odejść. Najlepiej jak najszybciej.
– Nie zamierzam. Nikt nie będzie mnie ośmieszać podczas walki. Splamił mój honor i dobre imię mojego dojo, a jedyny sposób na odkupienie tej winy, to ponowna walka.
Młoda kobieta ruszyła pewnym krokiem za ogoniastym mężczyzną. Stojący za nią mistrz Mitsau tylko pokręcił głową, mówiąc coś o upartej młodzieży. Zbliżając się do tajemniczej pary, zauważyła jak kobieta krótkim ruchem ręki hamuje blondyna.
– Dzikusie, nie odwracaj się do mnie plecami! Stań do ponownej walki, tym razem na poważnie, ty zawszona małpo!
Chyba podziałało.
Puściła się biegiem. Szybko pokonując dzielącą ich odległość, doskoczyła do niego z zamiarem kopnięcia na korpus. Jednak mężczyzna, jakby miał oczy z tyłu głowy, zszedł z jej toru lotu. Yuki zaatakowała kolejny raz. Tym razem człowiek z dziczy nie unikał jej ciosów, tylko blokował każdy po kolei. Po kilku minutach ciągłego nacierania, kobieta zaczęła odczuwać pierwsze oznaki zmęczenia ostatnimi godzinami.
– Jesteś głupia, dziewczyno – burknął podnosząc ją za przód koszulki. Nie przeszkadzało mu, że wciąż wściekle tłukła go nogami po żebrach. Trzymał ją tak, aż wreszcie przestała się ciskać.
Kim ty jesteś, do diabła?!
Wreszcie poczuła to, czego nie chciała do siebie dopuszczać. Sparaliżował ją strach. Zrozumiała, że dzieliła ich przepaść, skoro nawet nie skrzywił się po żadnym jej ciosie. A on wciąż patrzył na nią, jak na przestraszone zwierzątko zwykł patrzeć drapieżnik.
– Och, to wy się znacie? Jak cudownie – nagłe pojawienie się tajemniczej kobiety przerwało nerwową ciszę. Położyła swoją drobną dłoń na potężnym ramieniu Mitsau, a Yuki mogła pierwszy raz zobaczyć, że jej oczy są niezwykłe, przypominające kocie.
– Mówiłem ci, że masz się trzymać od nas z dala, Neko – powiedział nie patrząc w jej stronę. Postawił Yuki na ziemi i minął ją, jakby była powietrzem. – A ty odejdź stąd. Zapomnij to, co tutaj zobaczyłaś.
– Pan wrażliwy się znalazł – odcięła się mu kobieta. – A ty… odejdź, tak jak ci poradziło te duże dziecko.
– Wy też już lepiej sobie idźcie. Neko, przyszłaś tutaj z tym swoim szczeniakiem, narobiliście zamieszania, a teraz jeszcze siejecie zamęt. Z ciekawości, każdego poznajesz atakując go, czarownico? – Mistrz Mitsau zbliżył się do kobiet, nie kryjąc swojej wściekłości. Za nim, jakby czekając na pozwolenie do zaatakowania, szedł Kintaro.
– Skoro tego chcesz, dziadku. Kintaro, idziemy. Trzeba dokończyć naszą pielgrzymkę. Może jeszcze kiedyś się spotkamy – syknęła Neko. Odwróciła się na pięcie z kocim prychnięciem i odeszła szybkim krokiem w kierunku, z którego przyszła Yuki.
Co tu się najlepszego wyprawia?
– Widzę, że jesteś bardziej zmęczona, niż mi się wydawało na początku. Chodź ze mną, powinno coś zostać ze śniadania. Nim się nie przejmuj. Zje, chwilę pośpi, jeszcze więcej zje i powinien mu się nastrój poprawić. No i nie będzie tej dwójki, to też powinno pozytywnie wpłynąć na chłopaka.
– Nie wiem…
– Bez dyskusji. Mamy rybę i ryż – mistrz uciął dyskusję, złapał ją za rękę i zaciągnął do ich obozu.

Około 900 lat wcześniej, w swoim smoczym wymiarze, Son Goku w towarzystwie Shenrona przemierzał wielobarwne morze chmur. Miał na sobie jedynie spodnie z jasnego materiału, które obwiązał szerokim czarnym pasem.
– Shen, głupio mi z tym, że oni wszyscy umarli, a ja jestem nieśmiertelny – zaczął nieśmiało.
– Domyślam się – mruknął w odpowiedzi potężny smok.
Wreszcie na horyzoncie pojawił się smoczy pałac. Po kilku minutach powolnego lotu, Goku wreszcie dotknął bosymi stopami marmurowej powierzchni tarasu. Pomachał na pożegnanie smokowi, który właśnie w rozbłysku światła znikał z jego wymiaru.
No to czas tego spróbować. Najwyżej jeszcze bardziej się wścieknę. A chyba gorzej niż ostatnim razem już się nie da.
Lekko ugiął nogi, napinając przy tym wszystkie mięśnie. Uwalniał z siebie uśpione pokłady ki, wprawiając całą powierzchnię tarasu i pałacu w niebezpieczne drżenie. Potężniejszy niż kiedykolwiek wcześniej, zdołał zaledwie transformować się w pierwszą formę Super Saiyanina, gdy fragmenty marmuru zaczęły odrywać się od powierzchni i unosić wokół niego.
Otoczony błyskawicami wyładowań, wszedł na drugi poziom przemiany. Z rykiem przemienił się w trzeci poziom Super Saiyanina, którego potęga zmiotła jego miejsce zamieszkania. Nie powstrzymywało go to przed dalszym uwalnianiem mocy.
Jeszcze trochę, dziadku. Przecież potrafisz. Nie zardzewiałeś tak przez te stulecie.
Podmuch czystej energii przegnał wszystkie chmury. Wszechobecne niebo pociemniało wypełnione różnobarwnymi błyskawicami. Saiyanin wisiał w powietrzu, otoczony językami złotych płomieni i błyskawicami. Dłuższe niż pierwotnie, ale wciąż czarne włosy otaczały jego na powrót spokojną twarz. Żółte oczy otoczone czerwonym cieniem obserwowały porośnięte czerwoną sierścią umięśnione ramiona i tors. Owinął się w pasie ogonem o podobnym umaszczeniu i westchnął.
– To co, jeszcze raz, staruszku? – zapytał samego siebie. Wyrównał oddech, gdy tylko zamknął oczy. Z łatwością odnalazł wewnątrz siebie potężny płomień ki, która zalewała jego ciało. Wdech i wydech. Wraz z kolejnym napięciem mięśni i zdzierającym gardło rykiem jeszcze mocniej rozniecił swój ogień, jak przystało na smoka. Rozsadzany od wewnątrz przez energię, wyczuwał bunt własnego ciała.
Jeszcze trochę. Dasz radę. Nie. DAM RADĘ!
Wydawało się, że smoczy wymiar zamienił się w kulę światła. Wszystko zniknęło, jakby zostało wymazanym. I wreszcie z tej pozornej nicości wyłoniła się bestia w ludzkiej skórze. Wszechmocny, najpotężniejszy wojownik, którego nikt żywy nie mógł zobaczyć. Porośnięty białą sierścią, o jasnych jak śnieg włosach sięgających za pas i szarych jak zwiastun burzy oczach.
– I jak cię nazwać? Smoczy Super Saiyanin? Ryujin Super Saiyanin? Czy może po prostu piąty? – zastanawiał się, jakby to było najważniejsze w tym wszystkim. Wreszcie dostrzegł, że zmiótł cały wymiar, z którego pozostało siedem błyskających w oddali kul. Przewracając oczami, dwukrotnie klasnął w dłonie i wszystko wróciło do dawnego porządku.
W tej formie wylądował z prawdziwą delikatnością na płytach tarasu. Wyciągając przed siebie ręce, przywołał smocze kule, które zawisły przed nim. Pod wpływem jego woli zajaśniały, a on poczuł tworzącą się kruchą więź z osobą po drugiej stronie.
– Shin, słyszysz mnie? – zadał pytanie, zmuszając całą siłę woli do przesłania go poza zamknięty wymiar.
– Czy to… Nie, to niemożliwe. Goku?
– Mam mało czasu, będę mówić szybko. Chcę ich wskrzesić. Ilu tylko będę mógł. Czy będziecie mogli przyjąć chociaż część z nich do siebie? Ze względu na to, że macie sporą planetę, to dajmy na to, że najsilniejszych.
– No nie wiem, Goku. To świat bogów, oni są śmiertelnikami – Kaioshin nie dawał za wygraną, stawiając na swoim, co tylko rozwścieczyło Ryujina.
– Mówisz o tym świecie bogów, który uratowałem pokonując Buu? – skupiając się na swoim gniewie, Goku przesłał bóstwu swój obecny wizerunek. Wyczuwając jego słabnący opór, przesłał kolejną wiadomość. – Proszę cię o przyjęcie kilku osób, które doskonale znasz.
– Ja… um… No dobra.
– Dzięki – zerwał mentalną więź z Shinem. Opadł na jedno kolano, czując przy tym potężne zawroty głowy. Otwierając oczy zauważył, że z nosa kapie mu krew. Uderzył się kilkukrotnie otwartą dłonią w twarz i ponownie wstał. Powtarzając całą procedurę, kolejny raz przebił swoją siłą woli granicę smoczego wymiaru.
– Kaio–sama, czy szanowny mnie słyszy? – zapytał powstrzymując buntujący się organizm od niepożądanych wybryków.
– Goku. Wielkie nieba, chłopcze jakim cudem? – zawołał jego dawny mistrz.
– Może kiedyś to wyjaśnię. Chcę przywrócić ciała moim przyjaciołom. Czy przyjmiesz część z nich na swoją planetę? Zrobisz to dla swojego najlepszego ucznia? – przesłał szybkie pytanie przeczuwając, że zostały mu sekundy tej więzi. Słysząc radosne zapewnienia swojego nauczyciela, bez pożegnania zerwał mentalne połączenie.
Cudem utrzymując stan piątego poziomu, upadł na kolana. Cały się trząsł, na zmianę robiło mu się zimno i gorąco, a na dodatek zwymiotował mieszanką zawartości żołądka i krwi. Bał się nawet pomyśleć o tym, co się z nim stanie po nawiązaniu ostatniego połączenia.
No, jeszcze raz. Wstajesz, dziadziu. Raz, dwa, trzy!
I wstał. Wśród jęków i sapnięć, na nogach jak z waty. Z trudem osiągnął wewnętrzny spokój, tak potrzebny do takiej komunikacji. Ostatni raz zamknął oczy, zmuszając siłą woli kule do przepuszczenia jego woli przez granicę wymiaru.
– Panie Enma, to ja Son Goku. Chcę, żebyś zwrócił ciała moim przyjaciołom i przeniósł ich wszystkich na planetę czcigodnego Kaio. Mają być w ciałach z momentu, gdy byli najsilniejsi, a nie najstarsi. To nie podlega dyskusji – na potwierdzenie swojej tożsamości i siły, kolejny raz pokazał obraz swojej pełnej mocy.
Wyczuwając rodzący się strach i zrozumienie Enmy, zerwał więź. Kule, jakby ważyły setki kilogramów, opadły na podłoże z trzaskiem. Podobnie stało się z samym mężczyzną. Son Goku, gwałtownie przechodząc w swoją zwykłą postać, padł na plecy pozbawiony przytomności. Nawet wtedy na jego ustach czaił się cień uśmiechu.


– Nie wiem. Weź zapytaj Yamchę, on pewnie będzie chciał trochę posparować. Ja już dzisiaj trenowałem indywidualnie – zapewnił Tien Kuririna. Trzyoki ziemianin poklepał przyjaciela po ramieniu i skinął głową w kierunku, gdzie według niego znajdował się bliznowaty jegomość.
– Skoro tak mówisz – odparł niższy wojownik, pocierając w zakłopotaniu łysinę. Wolnym krokiem ruszył przez niedużą planetę, poszukując osoby chętnej do wspólnego treningu. Minął wspólnie wypoczywające 18, Bulmę, Videl i Chi–Chi, aż wreszcie usłyszał głos wieloletniego kompana.
Jednak to, co zobaczył, nie spodobało mu się. Yamcha siedział z jego młodo wyglądającą córką, Marron. I był blisko niej. Według jego ojcowskiego instynktu, to zdecydowanie za blisko. A najlepiej by było, gdyby w ogóle nie siedział z nią.
– Marron, matka kazała ci przekazać, że chce twojego towarzystwa na plotkach z resztą pięknych pań – drobne minięcie się z prawdą przyszło mu gładko, co zaskoczyło nawet jego. Córka, tak bardzo podobna do swojej rodzicielki, spojrzała na niego z nieśmiałym uśmiechem, lekko się rumieniąc. Odpowiedział jej szczerym uśmiechem. Za to gdy napotkał spojrzenie bruneta, przesłał mu bardzo jasną wiadomość.
– Nic między nami nie zaszło – zaczął Yamcha, gdy tylko blondynka zniknęła im z oczu. Wstał z trawy, uśmiechając się niewinnie do przyjaciela. Kuririn nawet mu w to uwierzył. W przeciwnym wypadku, Kaio by miał ręce pełne roboty, próbując ich rozdzielić.
– Jestem w stanie zrozumieć, dlaczego spędza z tobą czas. Z której strony się nie spojrzy, to jesteś wiecznym nastolatkiem, nawet w takiej sytuacji. A ona potrzebuje kontaktu z kimś na swoim poziomie – wyszczerzył się w szczerym uśmiechu, widząc grymas na twarzy drugiego mężczyzny. – Ale ja nie po to. Zawalcz ze mną, jak za starych lat.
– Mam nadzieję, że nie według zasad Siedemnastki? Yan, ken, po nie jest moją ulubioną formą rywalizacji – obaj ryknęli śmiechem, słysząc takie słowa. Jakby przywołany wypowiedzeniem imienia, tuż nad nimi pojawił się android. Z miną cwaniaka wylądował pomiędzy nimi.
– Czy jakiś przegryw negował moje sposoby walczenia na małej planetce, na której mamy zakaz tłuczenia się? – Odgarniając sprzed oczu niesforny kosmyk włosów, pokazał Yamchy język.
– To co, trochę powalczymy? – zapytał jeszcze raz łysy wojownik. Widząc energiczne kiwanie głową starego druha, stanął gotowy do rozpoczęcia pojedynku.
– Jesteście strasznie nudni. Dwóch słabiaczków będzie się biło jak dzieci w przedszkolu – android ziewnął teatralnie, by w następnym momencie obdarzyć obu wyzywającym spojrzeniem z tym niebezpiecznym błyskiem w oku. – To co, świeżaki, potłuczemy się troszeczkę?
Jakby na telepatyczną komendę, Kuririn i Yamcha równocześnie zaatakowali stojącego pomiędzy nimi mężczyznę. W zsynchronizowanym ataku uderzyli na górę i dół. Androidowi nie sprawiło większego problemu przyjęcie na blok obu ciosów. Przyjął niskie kopnięcie Kuririna na napiętą łydkę, a zmierzającą w jego twarz pięść drugiego ziemianina zablokował otwartą dłonią.
Cholera. Ten to jest dopiero silnym zawodnikiem.
Siedemnastka odepchnął ich obu od siebie i wybił się wysoko w powietrze, gdzie zaraz ponownie zablokował ciosy towarzyszy. Z pewną nonszalancją odchylił się przed mierzonym w jego głowę kopnięciem Yamchy. Gdy tylko się odchylił, ze zdziwieniem zauważył mknący ku niemu sporej wielkości pocisk ki. Zwinął się w przewrotce, piętą odbijając ładunek w kierunku Kuririna.
– Huh. Ładnie, dziewczynki – skomentował ich ostatnią akcję.
– Co się tu wyprawia?! – Krzyknął do nich Kaio, gdy tylko dostrzegł toczący się w powietrzu pojedynek. – Na ziemię, ale już!
Teraz się zacznie. Zaraz staruszek da nam popalić
W trójkę wylądowali przed ich gospodarzem, przybierając miny niby niewinnych szkolnych urwisów, którzy zostali złapani przez nauczyciela na gorącym uczynku.
– Tak, mieliśmy nie walczyć…
– Obiecujemy poprawę…
– To ich wina. Ja nie chciałem walczyć – wyłgał się android, doskonale odgrywając rolę zmuszonego do walki.
– Zawsze to samo – mruknął Kaio, kręcąc głową z niedowierzania. Nawet po tylu latach, temperament niektórych osób, a co dopiero ich słowa, potrafiły go zbić z tropu. Naprawdę nie wiedział już, czy Siedemnasty mówił prawdę, czy doskonale kłamał. Zrezygnowany machnął ręką na całą trójkę, mrucząc do siebie, że i tak nic się nie zmienią. Kuririrn uznał to za ciche przyzwolenie do prowadzenia walk w powietrzu, gdzie raczej nie mogli zagrozić ich nowemu domowi.
– Mam jeszcze jedną wiadomość. Wy dwaj – wskazał na Kuririna i Yamchę – pewnie zrozumiecie, jakie to zagrożenie. Na Ziemię znowu spadły kapsuły z kosmosu. Cztery. W każdej był wojownik.
Nie, nie, nie, nie, nie! To nie może być prawda! Przecież już to przerabialiśmy!
– Czy ktoś może mi to wyjaśnić? – Zapytał zainteresowany android. Widząc przerażenie na twarzy bliznowatego mężczyzny, jeszcze bardziej chciał poznać szczegóły tego wydarzenia.
– Saiyanie. Oni znowu przylecieli na Ziemię. I znowu zabijają niewinnych ludzi – odpowiedział mu Kuririn, który był równie mocno zdenerwowany tą informacją. – Przecież Oni nie żyją.
– To skąd jest ten chłopak, co walczył na turnieju? – zapytał na głos Kaio.
– Jaki chłopak?
– Na jakim turnieju?
– Zapomniałem wam powiedzieć jakiś czas temu. Na tym ziemskim turnieju, Tenkaichi Budokai, pojawił się tajemniczy chłopak. Na oko ze dwadzieścia lat, z całkiem dobrą techniką, wysoki, szybki. I, co najciekawsze, ogoniasty. Dokładnie, to z małpim ogonem, jak kiedyś Goku i Vegeta. A teraz przyleciało jego czterech rodaków.
– Mamy przesrane – podsumował Yamcha, nie potrafiąc znaleźć innych słów na znalezienie opisania sytuacji Ziemi.


Jedna z pozostałych trzech kapsuł przeleciała tuż nad bazą wojskową. Było to wiele kilometrów dalej od miasteczka, na które spadła kapsuła z pierwszym wojownikiem. Pasażer tego statku kosmicznego nie miał możliwości nikogo zabić na samym początku, ponieważ wylądował z dala od obszarów zamieszkanych przez ziemian. Jego kapsuła wryła się w miękką glebę łąki. Gdzieś niedaleko leniwie płynęła rzeka. Tak jak miało to miejsce z kapsułą w mieście, tak i tutaj pokrywa odskoczyła, a z niej wyszła zamaskowana postać.
Nieduża, o wiotkich kończynach i długich czarnych włosach opadających do pasa, wyszła ze statku rozglądając się czujnie. Scouter z niebieską szybką pokazywał wszystkie dane o okolicy i panujących tu warunkach
– Ładnie tu mają. Dobra planeta na kolonię – zauważył wysoki głos. Dłoń ukryta w rękawicy przesunęła leniwie po skorupie czarnego napierśnika pozbawionego dodatkowych szerokich naramienników.
Tak, jak mówisz, gówniarzu. Ładnie wygląda ta dziura. Można zająć się tutejszymi kobietami, jeśli w ogóle takie są… I nie mają rogów, czułków, ani niczego takiego…
– Zamknij się! Skąd w ogóle możesz wiedzieć, jak wyglądają tubylcy?
Bo przeglądam dokładnie wszystkie raporty, idioto.
Milczeć. Mieszkańcy tej planety są podobni do nas. Widziałem ich i zabiłem całe miasto. Namierzyć mnie i przylecieć. Czekam na was.
Niewielka postać owinęła się w pasie ogonem. Wcisnęła kilka przycisków na scouterze i uniosła w powietrze. Obracając się w kierunku, z którego przyleciała, dostrzegła zbliżające się w jej kierunku dwa obiekty.
– To wy lecicie do mnie?
Nie.
Nie, wylądowałem dalej od ciebie, smarku.
– To mam towarzystwo. Zobaczę, co potrafią – stwierdził najeźdźca. Otoczony jasną aurą pomknął w kierunku nadciągających ziemian.
Gdy był bardzo blisko, zauważył że lecą do niego dwie maszyny bojowe. Przeleciał pomiędzy nimi z dużą prędkością i podjął swój lot w kierunku miejsca wylądowania najstarszego z nich. Nie minęły dwie minuty, gdy samoloty szturmowe go dogoniły i otworzyły ogień. Postać lawirowała, wykonując przeróżne manewry lotnicze i unikając pocisków. Wśród huku i błysków z niezwykłą prędkością cała trójka pokonywała kolejne kilometry.
Na scouterze mignęło ostrzeżenie. Najeźdźca zareagował instynktownie, nurkując na setki metrów w kierunku ziemi. Obejrzał się przez ramię, żeby zobaczyć efekt swojego manewru. Dzięki temu dowiedział się, że za nim podążały dwie rakiety. Gdy skręcił w lewo, one również skręciły. Odbił w prawo, a wciąż miał je na ogonie. Wreszcie, zniesmaczony takim towarzystwem, wykonał płytki obrót na plecy i wystrzelił z rąk ładunki energii ki w kierunku zbliżających się rakiet. Siła eksplozji zaskoczyła go, zrzucając w kierunku ziemi.
Co się dzieje, maluszku?
– Zamknij się, zabawiam się z miejscowymi – opanował lot i wystrzelił w górę. Wściekły złapał za skrzydło jeden z samolotów i rzucił nim w drugi. Zauważając katapultującego się pilota maszyny, złapał go za stopę i wolną ręką strzelił mu energią prosto w twarz. Drugi pilot zginął w wyniku zderzenia samolotów.
– Już lecę. Czekajcie na mnie – zakomunikował, gdy powrócił na odpowiedni kurs. Na ekranie scoutera pojawiły się współrzędne pozostałych zabójców. Wszyscy lecieli w jedno miejsce.


Dowódca siedział na kapsule w samym centrum potężnego leju po mieście. Jego atak wymazał całą okolicę. Wyczekiwał tak przez godzinę, zanim w tej samej chwili przyleciała trójka jego podopiecznych. Gdy tylko wylądowali, zeskoczył ze statku kosmicznego i zgrabnie wylądował dwa kroki przed nimi.
– Ładnie się zabawiłeś, ledwo przylecieliśmy, a tu już taki krajobraz. To nowy rekord? – Stojący po jego lewej stronie mężczyzna bardzo go przypominał z postury. Umięśnione ciało miał ukryte pod całkowicie zakrywającym go kombinezonem bojowym i napierśnikiem z odstającymi naramiennikami. Czarne włosy sterczały na jego głowie. Tak jak pozostali, miał zasłoniętą twarz, a ogonem oplatał się w pasie.
– Znowu zapominacie o hierarchii, durnie – burknął największy z nich.
– Możecie być przez chwilę cicho? Świetnie, to teraz mnie posłuchajcie. Mamy tu robotę do wykonania, więc bądźcie czujni – szorstko brzmiące słowa w rodzimym języku spowodowały, że pozostała trójka natychmiast zamilkła. Wpatrywali się w niego z szacunkiem. Pozornie spokojni, nerwowo przebierali nogami.
To się nazywa gorąca krew. Jedno słowo i zrobią dla mnie z tej planety wymarłą pustynię.
– Podobno lord dowódca znalazł tutaj interesujące źródło energii. Mamy tego kogoś znaleźć i spróbować namówić na dołączenie do nas. Jeśli odmówi, to zabijamy. Wszystkich. Zrozumieliście?
– Tak jest! – Odpowiedziała mu cała trójka.
– Panie, dość daleko stąd były skoki energii. Nie były za duże, ale może warto tam zacząć? – zasugerował najmniejszy z nich. Po tym, jakimi spojrzeniami obdarzyli go więksi mężczyźni, musiał im w ten sposób skraść chwałę.
Najstarszy zmrużył oczy. Mówiąc coś do siebie, przeglądał informacje na swoim scouterze, chcąc potwierdzić te doniesienia. Rzeczywiście, całkiem niedawno zostały odnotowane skoki mocy daleko od miejsca, w którym obecnie byli. Bez słowa uniósł się w powietrzu, zerkając wymownie w kierunku podwładnych.
– Na co czekacie? Za mną! – Rozkaz został wykonany bezzwłocznie. Po chwili w czwórkę lecieli spotkać źródło mocy, za którym przelecieli pół galaktyki.
Minęła kolejna godzina. Przez ostatnie minuty lecieli nad lasem. Dowódca jako pierwszy dostrzegł kończącą się linię drzew. W oddali zamajaczył mu wodospad. Niespodziewanym zatrzymaniem się, zaskoczył swoich towarzyszy, którzy prawie powpadali na siebie.
Nigdy bym nie pomyślał, że gdzieś mogą być takie widoki.
– Cokolwiek się będzie działo, chcę zostawić tą planetę bez większych zniszczeń – rozkazał krótkim komunikatem.
– To przestań niszczyć miasta – odciął mu się największy z nich. Pożałował tego w następnej sekundzie, gdy dłoń o rozcapierzonych palcach pojawiła się o centymetry przed jego twarzą. Dowódca wyraźnie wyglądał na wytrąconego z równowagi takim zachowaniem. Gdyby to był ktoś spoza jego oddziału, to już by pożegnał się z głową i życiem.
– To się doigrałeś, chłopie – mruknął ten najbardziej przypominający ich przywódcę. Ten obdarzył go lodowatym spojrzeniem, ostrzegawczo mierząc do niego dwoma wyprostowanymi palcami.
– Jeśli któryś z was odezwie się bez pozwolenia, to wyrwę mu język – zagroził. – Jeśli tam jest ta osoba, to musimy być ostrożni. Zrozumieli?
W milczeniu pokiwali głowami. Cała czwórka opadła na ziemię pomiędzy luźno rosnącymi drzewami. W szyku bojowym ruszyli w kierunku osób siedzących nad jeziorem. Któryś z nich po drodze nadepnął na leżący na ziemi plecak.
Wreszcie ich dostrzegli. Dwóch samców i samica. Prawdopodobnie para i opiekun.
– Mogę zabrać głos? – Zapytał najniższy, a słysząc chrząknięcie kontynuował – Są podobni do nas.
– O cholera – odezwał się ten najwyższy, gdy młodszy samiec wstał. Cała czwórka zatrzymała się, gdy zauważyła jego ogon.
To niemożliwe. Czy to…
Zanim ta myśl przebrzmiała w głowie dowódcy, jego ciało zadziałało odruchowo. Ruszył w jego kierunku, tym razem zdecydowanie szybciej. Musiał poznać prawdę. Słysząc szybkie kroki za plecami, wiedział że nie idzie sam. Wreszcie został zauważony. Mężczyzna z ogonem powiedział coś w miejscowym języku, na co zareagowała pozostała dwójka, która zerwała się i stanęła w gotowości. On też patrzył na nich czujnie. Dowódca pozwolił, by jego ogon przestał oplatać go w pasie, dlatego unosił się on, nerwowo drgając w rytm kroków mężczyzny. Dostrzegł na jego twarzy te same zaskoczenie, co jego własne. Może nawet większe. Wreszcie zatrzymali się kilka kroków od nich.
– Szukamy najsilniejszego wojownika na tej planecie. Chcę z nim stoczyć pojedynek, w przeciwnym wypadku zniszczę całą planetę – głos dowódcy przypominał stłumione warczenie drapieżnego zwierzęcia. Po ich twarzach wywnioskował, że go nie zrozumieli.
Jak zawsze…
Powtórzył to jeszcze kilka razy, w każdym znanym mu języku, jednak z takim samym skutkiem.
– Co to za dzikusy, że nie znają imperialnego?
– A na której planecie go znali? Przypomnę ci, że na żadnej.
Dowódca nie czuł rezygnacji. Skoro nie pomogły słowa, postanowił użyć gestów. Stanął w pozycji bojowej, uwalniając przy tym niewiele mocy.
Po drugiej stronie starszy samiec coś powiedział, wymownie zerkając na młodszego. Ten, pomimo wyraźnej niechęci, złapał samicę za ramię i zmusił do cofnięcia się.
– Panie?
– Tak?
– Skoro dojdzie do walki, to czy nie możemy się rozerwać? Dawno nie mieliśmy okazji do walki z kimś obcym. A ta rasa jest tak podobna do nas. Chcę sprawdzić, czy są chociaż trochę silni – największy z nich wyraził swoją prośbę. Dowódca spojrzał na niego przez ramię, następnie znowu na starca i jeszcze raz na podwładnego. Machnął na niego ręką, samemu cofając się pomiędzy swoich.
Tak rozpoczęła się wojna. Wśród nieznajomości i pytań pozbawionych odpowiedzi.

No i jak? Się podobało? Się nie podobało? Z uporem maniaka będę wciąż namawiać do komentowania, bo bez niego moja motywacja potrafi się wy...przewrócić i poleżeć.
Szablon wykonała Sasame Ka z Ministerstwo Szablonów