sobota, 11 marca 2017

5. Kłopotów nigdy mało

Jak w tytule, tak i u mnie kłopotów nie zabrakło. Stąd wynikły niewielkie (w porównaniu z tymi ostatnimi) turbulencje. Rozdział powstawał w bólu, często na doskoku, no i jest. Znowu najdłuższy, tym razem ma prawie 5400 słów. Mógł mieć jeszcze więcej, ale postanowiłem jeden fragment przenieść na później. Nawet spróbuję od niego zacząć.

Dobra, to tyle ode mnie. Standardowa procedura. Cisza na planie, światło, kamera, akcja!

Książę siedział samotnie w niewielkiej dolinie, z której promienie słoneczne wciąż nie przepędziły wszystkich cieni. Odnowiony kombinezon bojowy i napierśnik pokrywała ledwo zauważalna warstwa kurzu. Vegeta siedział tak od wielu godzin, pierwszy raz decydując się na medytację na tej planecie. Nie było to dla niego czymś do końca nowym, ponieważ w podobnym stanie zdarzało mu się zawisnąć podczas podróży przez galaktykę.
Tym razem jednak przyświecał temu jakiś cel, choć wydawał się być prawie niemożliwym do zrealizowania. Wszystko to przez Nameczanina, który zaszczepił w jego świadomości pomysł, że podczas swoistego transu, Vegeta mógłby porozmawiać z duchami przodków. Co prawda, nie widział w tym większego sensu, ponieważ przerósł ich wszystkich bardzo dawno temu, jednak wizja odbycia rozmowy z ojcem lub innymi wielkimi wojownikami, nie dawała mu spokoju.


Podczas tej formy treningu, bo tak właśnie traktował ten stan, jeszcze łatwiej wyczuwał energię ki na planecie Kaioshinów. Rozpoznał odległe, spokojne pulsowanie potężnego źródła, którym był Son Gohan. Obok niego, prawie niewyczuwalna, choć prawie tak samo potężna, była obecna ki Piccola. Zadziwiało go, a równocześnie podniecało to, że Nameczanin mógłby z nim walczyć prawie jak równy z równym. A jeśli dodawało się do tego intelekt i zmysł taktyczny zielonego wojownika, to Vegeta odczuwał do niego coś na kształt mimowolnego szacunku.


No i czułkowaty jest chyba jedyną osobą, z którą mogę porozmawiać, jak równy z równym. Gohan, pomimo swojej potęgi, jest dość miękki. Za to Piccolo, z jego przeszłością, to godny towarzysz do dyskusji. A tych nam nie brakowało przez cały okres pobytu tutaj.


Pod wpływem takich energii, o wiele mniejsza i rozchwiana, należąca do Gotena była z trudem wyczuwalna. W zupełnie innym miejscu odnalazł młodszego Nameczanina, Dendego, który siedział w towarzystwie Pan i Bry. Za to ich gospodarze trzymali się na uboczu, siedząc w trójkę. Nie zdziwiło go zatem, że czuł zbliżającą się do niego z dużą prędkością ki pierworodnego. Nie czuł winy z powodu tego, jak bardzo brutalnie go potraktował, a jednak jakiś wredny głosik, tak przypominający głos Kakarotta, mówił mu, że powinien się zrehabilitować za taki czyn. Jak na zawołanie przed oczami stanęła mu scena, gdy z furią ruszył na Cella, który zabił wcielenie jego syna z przyszłości.


Może tak, może nie.

Po upływie niecałej minuty usłyszał przelatującego tuż nad doliną syna. Wyczuł, że ten zatrzymał się w powietrzu, próbując wypatrzyć śladu zdradzającego obecność jego ojca. Vegeta westchnął zrezygnowany, złapał leżący najbliżej niewielki kamień i rzucił nim w kierunku syna. Tak, jak się tego spodziewał, Trunks złapał obiekt i natychmiast wylądował o kilka kroków przed ojcem.

– To chyba twoje, tato – powiedział, oddając Vegecie wyrzucony przez niego kamień. Mężczyzna całą siłą woli powstrzymał próbujący zaatakować jego usta mimowolny uśmiech. Tak bezczelnego rozpoczęcia rozmowy, prawie w jego stylu, nie spodziewał się.

– Czego tu szukasz? Nie powinieneś bawić się teraz ze swoim przyjacielem? – Vegeta odpowiedział najboleśniej, jak potrafił. Widząc grymas na twarzy syna, pozwolił sobie na uśmiech półgębkiem.

– On… Goten trenuje pod okiem Gohana i Piccola – syn księcia, nawet jeśli tego nie chciał zrobić, cofnął się o krok na widok wstającego ojca. Nie miał zamiaru zapomnieć o tym, jak Vegeta potraktował go podczas ostatniej kłótni.

– To dlaczego nie trenujesz z nimi? – Czarnowłosy mężczyzna otrzepał się z kurzu i przeciągnął. Spojrzał surowo na syna, próbując wedrzeć się do jego duszy. Czuł ponurą satysfakcję, wbijając mu kolejne szpile.

Trunks długo wahał się przed udzieleniem odpowiedzi. Jego wzrok uciekał we wszystkich kierunkach. Vegeta stał wciąż w tym samym miejscu, cierpliwie wyczekując odpowiedzi. Złożył ręce na piersi, co jakiś czas zerkając w bezchmurne niebo.

– Chciałem, żebyś był moim mistrzem, tato – powiedział nieśmiało Trunks. Wbił wzrok w czubki butów, bojąc się zobaczyć reakcję Vegety. Ten lekko drgnął. Przez twarz Saiyanina czystej krwi przemknął wyraz zaskoczenia. Zamaskował go zaraz typowym chłodnym obliczem.

– Nie.

– Ale…

– Powiedziałem ci, że nie ma takiej możliwości. Jeśli chcesz, to idź trenować z tymi miernotami. Chyba, że Kaioshini postanowią coś z tobą zrobić. A teraz, zejdź mi z oczu – Vegeta odwrócił się do niego plecami. Zadowolony z siebie, zamknął oczy.

Teraz będzie najlepsze.

I nie zawiódł się. Zerkając za plecy, dostrzegł, że Trunks padł na kolana, pokornie pochylając przed nim głowę.

– Ojcze, błagam cię, uczyń mnie swoim uczniem. Obiecuję, że nie zawiodę twoich oczekiwań!

Gwałtowny podmuch energii uderzył w półkrwi Saiyanina tak mocno, że ten musiał osłonić twarz dłonią. W następnej sekundzie jego oczy zaatakowało mocne światło. Odważył się podnieść głowę, żeby zobaczyć stojącego przed sobą ojca przemienionego w Super Saiyanina. Turkusowe oczy mężczyzny emanowały spokojem porównywalnym z ciszą przed burzą.

– Pierwszą lekcję odbierzesz już teraz, synku. Prawdziwy władca nigdy nie klęka, ani nie błaga. Zapamiętaj to – wyciągnął do niego dłoń w rękawicy, wymownie zerkając to na niego, to na wyciągniętą rękę.

Trunks chwycił go pewnie, podnosząc się z kolan. Stali naprzeciw siebie.

Ojciec i syn. Mistrz i uczeń.

***

– Shen, mówiłem ci, że masz nie przylatywać tutaj bez zapowiedzi. Obudziłeś mnie – marudził nagle wyrwany ze snu Son Goku. Wyszedł z pałacu powłócząc nogami. Co rusz ziewał i przeciągał się.

– Jeszcze zdążysz się wyspać, Goku. Przyprowadziłem Porungę – głos smoka poniósł się po wielobarwnym niebie. Wielki jaszczurzy łeb znajdował się akurat na poziomie podłogi tarasu. Saiyanin poklepał Shenrona po nosie, tłumiąc kolejne ziewnięcie.

W tym momencie zza pałacu wysunęło się potężne, muskularne cielsko nameczańskiego odpowiednika Shenlonga. Ryuujin pomachał boskiemu smokowi, który mruknął w odpowiedzi coś dla niego niezrozumiałego. Zaraz po tym usiadł na głowie Shenrona.

– Porunga cię pozdrawia i pyta o samopoczucie – przetłumaczył emerytowany ziemski smok, podnosząc swoją głowę na wysokość Porungi.

– Przekaż mu, że również go pozdrawiam. Dziękuję, mam się dobrze, chociaż czasami nudzi mi się tutaj strasznie.

Gdy Shenron przetłumaczył jego ostatnie zdanie, smoczy wymiar wypełniły dźwięki nadchodzącej burzy. Tym razem Goku wiedział, że to śmiech smoka, więc nie czuł zdziwienia. Długie minuty upływały im na rozmowach o różnych sprawach. Saiyanin wypytywał nameczańskiego smoka o Nową Namek i jej mieszkańców, a Porunga jego o treningi i moc. Był wyraźnie zaniepokojony faktem, że Goku zarzucił wzmacnianie się.

– Rozpaliłeś mnie tym Beerusem, Shenronie, ale jak mam z nim zawalczyć, skoro on nie może się tutaj dostać? – Zapytał mężczyzna. W jego głosie wyraźnie było czuć urazę, za nie otrzymanie odpowiedzi ostatnim razem. Oba smoki zaczęły się o coś sprzeczać w języku, którego Saiyanin nie rozumiał.

– Pff. Rób co chcesz, Porunga – burknął Shenron do drugiego smoka. Robiąc to, kręcił łbem tak mocno, że Goku musiał się trzymać jednego z jego rogów. Gdy wreszcie stary ziemski smok się uspokoił, mężczyzna odetchnął z wyraźną ulgą. Smocze rodeo nie było jednym z jego ulubionych sposobów na aktywne spędzenie dnia.

– Człowiek-smok, leć do ja – wyrzucił z siebie Porunga, mający spore problemy z opanowaniem ziemskiego języka. Goku spełnił jego polecenie, lądując na obszernej dłoni. Nie rozumiał następnych słów smoka, które ten kierował do niego. Drgnął zaniepokojony, gdy Porunga skierował do niego swoją drugą dłoń. Wielki pazur, którym smok mógłby go bez problemu przebić, zbliżał się niebezpiecznie do jego czaszki. Saiyanin zamknął oczy, modląc się w duchu, żeby nie musiał używać siły. Nie wiedział, czy smoki dysponują zbliżoną mu mocą, w ziemskim rozumieniu tego słowa. Wolał tego nie sprawdzać, mając naprzeciw siebie Porungę i Shenrona. Poczuł dotknięcie czegoś chłodnego na czole i w tym samym momencie jego głowę zalał rwący potok dziwnych obrazów.
– Czy teraz wiedzieć, człowiek-smok?
– Tak.
Chyba tak. Później to przemyślę, ale chyba już mam plan. Gorzej z tym, jak go zrealizuję.


***


Musicie wiedzieć, że za chwilę padniecie ofiarami Nekomaty… Zobacz, jednak twój ojciec zginie pierwszy…

Pamiętał, jak wypełnił go wszechogarniający gniew. Stało się z nim coś dziwnego, skoro odrzucił tego Kintaro, pomimo nie wykonania ruchu. Widział leżącego na ziemi mistrza, a następnie wszystko wypełniło światło.

Czy ja właśnie umarłem?

Im dłużej jego umysł pracował, próbując ustalić, czy żyje, tym bardziej nie wierzył w tamte wydarzenia. Bo niby jakim cudem mogło dojść do takiej walki? Jakim cudem ludzie latali i miotali energią, która mogła zabijać?

Jeśli żył, to mógł przysięgnąć, że coś właśnie błysnęło mu przed oczami. Jeśli stracił życie, to może to było właśnie te legendarne światełko na końcu tunelu.

– Hej, dziadku, jeszcze raz spróbujesz na mnie krzywo spojrzeć, a skopię ci dupę, jak to zrobiłem temu głąbowi! – Usłyszał. Właśnie, usłyszał. Może to oznaczało, że żył. Coś mu podpowiadało, że znał ten głos. Potrzebował chwili, zanim dotarło do niego, że to głos należący do tego chłopaka, Kintaro.

Skoro mówił o dziadku, to… MISTRZ ŻYJE!

To był dowód na to, że nie zginął w tamtym momencie. Gdy to zrozumiał, poczuł powracające zmysły. Zaczął słyszeć szum wody, przelatujące niedaleko ptaki i mruczenie kota. To ostatnie było dość dziwne, bo nie przypominał sobie, żeby w tym lesie mogły żyć takie zwierzęta. Następnie powróciły węch i smak. Zapachy lasu wypełniły jego nozdrza, napełniając go spokojem. Las był zawsze jego domem, przez co bardziej nawykł do ciszy, niż do zgiełku miasta i tłumu ludzi.
Gdy wreszcie jego wzrok i czucie powróciły, mógł wreszcie zobaczyć rozpoczynający się dzień. Obserwowanie tego zjawiska napełniło jego serce radością, której od jakiegoś czasu nie czuł. Jednak w momencie próby podniesienia się, poczuł całkowity paraliż. Rozbudzona radość pękła jak bańka mydlana, zastąpiona przerażeniem.
Co się dzieje? Jestem kaleką? Jeśli tak, to chyba zaraz spróbuję kogoś sprowokować, żeby mnie dobił.
– Nie radzę. Szkoda zmarnować taki okaz, jak ty, złociutki. Twojemu ojcu nic się nie stało, dzięki twojemu bohaterskiemu czynowi – usłyszał gdzieś blisko siebie kobiecy głos, jednak nie mógł zobaczyć tej osoby. Zaraz po tych słowach usłyszał znowu coś, co nie pasowało do tego miejsca. Gdzieś blisko niego mruczał kot.
– No dobra, pozwolę ci się trochę poruszać – coś miękko pacnęło go w klatkę piersiową, a Mitsau wreszcie mógł, przynajmniej częściowo, podnieść się. Leżał podpierając się na łokciach, przez co miał możliwość przyjrzenia się sobie. Miał podarte spodnie, a po koszulce nie było nawet śladu. Na jego brzuchu leżał nieduży czarny kot o rozdwojonym ogonie. Wpatrywał się w niego jak w bardzo interesującą osobliwość.
– A ty skąd się tu wziąłeś, ancymonie? – Zapytał, zaciekawiony pojawieniem się, na dodatek tak zadbanego, zwierzęcia.
– Nazwij mnie tak jeszcze raz, a za chwilę będziesz galaretowatą kałużą – kot przemówił do niego, tym samym kobiecym głosem. Coś ponownie przykuło Mitsau do ziemi, uniemożliwiając mu choćby otwarcie ust. Wysilając się, dostrzegł kota siadającego na jego klatce piersiowej.
Przez jego głowę przebiegł cały szereg wulgarnych określeń, gdy czarny kot okazał się kocicą. Dowiedział się tego, gdy zwierzę przemieniło się w kobietę, która próbowała zabić jego mistrza. Dwa warkocze łaskotały jego twarz, a żółte oczy wpatrywały się z niezdrową fascynacją. Młody mężczyzna, czerwieniąc się, uciekł wzrokiem w dół. Spowodowało to, że jego policzki stały się bardziej czerwone, niż usta Nekomaty. Dlatego też zaraz postanowił nie patrzeć nigdzie, zamykając oczy.
– Och. Biedny, słodki, dzikus. Smakowity kąsek – uśmiechnęła się, przylegając do niego. – Dzięki moim umiejętnościom przeżyłeś. Postanowiłam wynagrodzić twoją głupotę, więc może teraz cię… porwę?
Że niby co?
– Ach. Zapomniałam. Byłeś tylko ty i twój ojciec. Jest jeszcze tyle rzeczy, które musisz poznać. I tak, słyszę twoje myśli, dlatego odpowiedziałam na twoje pytanie – usta kobiety zbliżyły się niebezpiecznie blisko jego własnych.
– Ty brudny dzikusie! Jeżeli chociaż ją dotkniesz, to ponownie ci dokopię! – Usłyszał zbliżającego się Kintaro. Kobieta teatralnie przewróciła oczami, zmieniła znowu w kota i odbiegła do budzącego się ze snu lasu. W tym samym momencie czar, który go uwiązał do ziemi, przestał działać.
Wydawało mu się, że albo coś dzieje się z jego oczami, albo Kintaro biegnie jakby wolniej. Mitsau zdołał chwiejnie poderwać się na nogi. Właściwie odczytując zamiar przeciwnika, złapał skierowaną w jego tors nogę i wbił łokieć w udo blondyna, a następnie poprawił łokciem w szczękę z wąskiego obrotu. Kintaro zachwiał się, próbując zrozumieć, co właśnie miało miejsce. Jakimś cudem, ten cały Mitsau, nagle stał się szybszy i silniejszy, czego zdawał się sam nie rozumieć.
Rzeczywiście, Mitsau stał w miejscu, zaskoczony swoimi możliwościami bojowymi. Przyglądał się swoim dłoniom, próbując zauważyć w nich jakąś zmianę.
Czy to jej czary? Zresztą, nieważne, mam niedokończoną sprawę z tym gościem.
Walka była jeszcze krótsza, niż to miało miejsce za pierwszym razem. Poruszający się, jakby zatopiony w smole, Kintaro próbował bezskutecznie trafiać odchylającego się przed każdym ciosem Mitsau. Temu drugiemu przypominała się walka z turnieju z tamtą dziewczyną.
Jak jej było na imię?
Mitsau wreszcie podciął mu nogi, sprowadzając Kintaro do parteru. Przydepnął mu gardło, obserwując jego walkę o zaczerpnięcie powietrza. Kintaro położył obie dłonie na stopie przeciwnika, próbując zerwać ją z siebie, co poskutkowało tym, że Mitsau tylko nacisnął mocniej. Spoglądał na niego z góry, czując dziwną satysfakcję na widok purpurowej twarzy blondyna.
– Mitsau, jemu już wystarczy. Puść go – usłyszał mistrza, jednak nie zareagował na jego polecenie. Gdy twarz Kintaro zrobiła się sina, coś gwałtownie zacisnęło się na ogonie Mitsau. Poczuł się, jakby ktoś poraził go prądem. Zwiotczał, zabierając stopę z gardła przeciwnika. Gdy te dziwne uczucie minęło, zauważył stojącego za nim mistrza z dłonią niebezpiecznie blisko jego ogona.
Więc on jest moją słabością?
– Och, starcze, zepsułeś wspaniałą zabawę – Nekomata pojawiła się niewiadomo skąd, siadając obok swojego podopiecznego z udawanie smutną miną. Przyłożyła dłoń do jego czoła, cmokając z niezadowolenia. Nie umknęło to uwadze ogoniastego, że patrzyła na niego zdecydowanie za długo.
– Młody, idziemy. Widziałem, co zrobiłeś w mojej obronie,  a to oznacza, że najważniejsze masz już za sobą. Teraz zacznie się prawdziwy trening.
– Może powinieneś go zostawić pod moją opieką? Wydajesz się nie być dla niego odpowiednim nauczycielem – wtrąciła się kobieta, puszczając oczko do Mitsau.
Mitsau odwrócił się od niej, odchodząc i zmuszając mistrza, by ruszył za nim.

***


Od momentu wejścia w ziemską atmosferę, kanały komunikacyjne wypełniły się zakłóceniami i komunikacyjnym jazgotem. Przywódca, czyli najstarszy, lecący pierwszą kapsułą, siedział rozbudzony. Środki usypiające straciły swoją moc, gdy minął ziemskiego satelitę. Jedną ręką wystukiwał polecenia na ekranie dotykowym komputera pokładowego, a palcem wskazującym drugiej wcisnął znajdujący się za jego uchem niewielki wszep. Efektem tego było rozłożenie maski osłaniającej twarz od szczęki po nos. Scouter na prawym oku już pokazywał mu wszystkie potrzebne informacje o Błękitnej Planecie.

Panie, trochę nas rozrzuci – usłyszał głos z drugiego obiektu. Zakłócenia nadawały mu ostre, szorstkie brzmienie. Uśmiech mężczyzny, który był nazywany „Panem”, był zupełnie niewidoczny pod zakrywającym go materiałem. Czuł wypełniającą go mieszankę adrenaliny i podniecenia. Był gotów na wojnę. Ostatni raz sprawdził stan swojego organizmu, wyświetlany na ekranie monitora.

Szykować się. Gdziekolwiek wylądujecie, zabijajcie.

Tak jest! – Odpowiedział mu chór podnieconych głosów. Cała trójka, zgodnie z jego wcześniejszym poleceniem, posługiwała się szorstkim żargonem, który nazywali swoim językiem.


***

Mieszkańcy jednego z miasteczek rozsianych wokół East City, wykorzystywali popołudniowe godziny na załatwienie potrzebnych sprawunków. Stąd też na ulicach było ich wielu. Samochody, motocykle, ścigacze i rowery przemieszczały się we wszystkie strony. Powoli znikające za horyzontem Słońce lekko zaróżowiło niebo. Wielu młodszych siedziało na plaży nad strumieniem, korzystając z wolnego od obowiązków czasu. Nastoletni chłopcy wzdychali na widok ukradkowo podglądanych dziewczyn, które opalały się niedaleko od nich, wykorzystując letnie promienie słoneczne do ostatniej chwili. Na niebie nie było nawet śladu chmur, więc nie sprawiało im to większych problemów.
 

– Ty, samolot spada!

– No co ty, masz zwidy!

– Nie. No patrzcie! Coś leci!

I dokładnie w tej samej chwili jeden z obiektów przeleciał z wizgiem nad ich głowami, zostawiając za sobą smugę ciemnego dymu.

Niecałą minutę później, w miasteczku piekło zamieniło się miejscami z ziemią.

Ci, którzy zdążyli naprędce napisać wiadomość lub zadzwonić do bliskich, twierdzili że coś pojawiło się wysoko na niebie i z ogromną szybkością runęło w dół od strony zachodzącego słońca. Przebiło się przez najwyższe piętra potężnego przeszklonego wieżowca, i przez niższe kondygnacje kolejnych trzech, które stały w jego sąsiedztwie. Przelatywało otoczone ogniem, dymem, szkłem i fragmentami budynków. Zatrzymało się, uprzednio zostawiając wielometrowy kanion przecinający ulice i rozbijający budynki, które stały na drodze obiektu. Wbiło się niedaleko umownego serca miasteczka, czyli centrum handlowego. Ludzie, którzy zdołali to uwiecznić, przysięgali że temu zdarzeniu towarzyszył przeszywający uszy świst, a następnie huk, gdy obiekt do połowy zatopił się w gruzie. Uciekinierzy wciąż nie wiedzieli, co dokładnie runęło im na głowy i zdemolowało pół miejscowości.
W kłębach dymu co rusz rozlegały się krzyki. Ludzie biegali na oślep, kaszląc od gryzącego dymu, potykając i szukając siebie nawzajem. Niejedna osoba zginęła nie na skutek tego przerażającego przelotu, lecz potrącona przez innych mieszkańców, szaleńczo pędzących swoimi pojazdami, byle jak najdalej od tego miejsca. Kilku śmiałków próbowało ratować osoby przywalone gruzami lub pomagając innym bezpiecznie się ewakuować. Niewielka grupa szaleńców zbliżyła się do powstałego po uderzeniu krateru, próbując wypatrzyć tego, co spowodowało ten horror.

***


– Dobrze wiesz, że nie możemy się z tym obnosić! Mój ojciec się wścieknie, jeśli się dowie! – Bra była wściekła. Od godziny próbowała mu wyjaśnić, że mając do dyspozycji tylko tę planetę, nie mogą się zaangażować w otwarty związek. 

– Hej, hej, hej! Zwolnij, kobieto. Czy to nie ty mówiłaś mi jakiś czas temu, żeby mieć w dupie twojego ojca? Że jakoś to ukryjemy? Że może JAKOŚ TO BĘDZIE?! – Goten nawet podczas niedawnej walki z Vegetą nie czuł wściekłości. Zamiast niej czuł wtedy chęć sprawdzenia swoich możliwości. Teraz jego umysł powoli przyćmiewała odziedziczona gorąca krew. Napinając się, zaczął wyzwalać z siebie pokłady energii ki.

– Weź się uspokój, bo zaraz ktoś nas znajdzie! – Po najbliższej okolicy rozszedł się odgłos plasknięcia. Głowa Gotena odwróciła się w lewo pod wpływem uderzenia. Mężczyzna zaciskał zęby, powstrzymując się od otworzenia ust. Czuł pieczenie w miejscu, gdzie przed chwilą trafiła go otwarta dłoń Bry. Zamiast słów wydobyło się z niego dziwne warknięcie. Nie tak wyobrażał sobie spędzenie dzisiejszego dnia.

Cholera…

Gotena gwałtownie otoczyła złota łuna. Przemieniony w pierwsze stadium Super Saiyanina, patrzył na nią turkusowymi oczami w taki sposób, że zrobiło jej się zimno. Ostatni raz widziała tak nienawistne spojrzenie, gdy jej ojciec walczył z Trunksem. Była naprawdę przerażona takim wybuchem wściekłości u młodszego brata Gohana. W jej opinii, to właśnie Gohan uchodził za bardziej narwanego, a Goten był lekkoduchem stroniącym od walki.

– Puść, to boli – jęknęła, gdy zacisnął palce na jej nadgarstku. Robił to z taką siłą, że za chwilę mógł złamać jej rękę. Bra padła na jedno kolano. Zadzierając głowę, oczami pełnymi łez patrzyła na Saiyanina, nie wierząc w taki obrót spraw.

– Hej! Co tu się dzieje? – Usłyszała zza pleców głos, który wlał w jej serce tyle samo radości, co strachu. – Goten, puść ją. W przeciwnym razie…
– Co? Spróbujesz mnie trafić? Mowy nie ma – głos młodszego Saiyanina w tej chwili tak bardzo przypominał wściekłego Goku, że Trunks mimowolnie zaczął poszukiwać jego sylwetki na horyzoncie.
Trunks wylądował obok siostry. Jej policzek smagnęła niewielka błyskawica, gdy starszy brat stojąc tuż obok niej, zmienił się w Super Saiyanina drugiego poziomu. Twarz otoczona aureolą z najeżonych złotych włosów wykrzywił grymas furii.
Bra krzyknęła, czując niewyobrażalnie potężny ból. Goten właśnie dokonał transformacji na ten sam poziom, co Trunks. Prawa pięść jej brata wystrzeliła w kierunku twarzy przyjaciela. Ten chwycił ją wolną ręką, w tej samej chwili wbijając kolano w brzuch Trunksa.
Brat Bry sapnął zaskoczony większą siłą młodszego syna Goku. To tylko potwierdzało, że potrzebuje treningów pod okiem ojca, zamiast próbować zwiększać siłę na własną rękę. Z rykiem kopnął Gotena w udo, w tym samym momencie uwalniając swoją dłoń. Wykorzystując częściowe unieruchomienie przeciwnika, Trunks przeskoczył nad Brą, kopiąc z góry w biceps drugiego Saiyanina. Widząc, że poskutkowało to uwolnieniem jego siostry, zamachnął się drugi raz, tym razem trafiając Gotena kopniakiem w twarz.
Młodszy mężczyzna został odrzucony na kilka metrów. Ustabilizował swoją pozycję w chwili, gdy spadł na niego gniew pierworodnego dziecka Vegety. Oberwał czterokrotnie w twarz i dwukrotnie w korpus, zanim wreszcie zdołał się mu przeciwstawić.
Przecież jestem od niego silniejszy!
Łapiąc Trunksa za wyciągniętą nogę, zaczął obracać się z dużą prędkością wokół własnej osi, by ostatecznie cisnąć nim o pobliskie skały. Jego przyjaciel zdążył jednak obrócić się, opierając cały ciężar ciała na bloku skalnym, w który miał się wbić. Wystrzelił w kierunku Gotena z takim impetem, że niewielka góra rozpadła się przy tym na kawałki. Nie dbał w tym momencie ani o to, że stary Kaioshin się na nich wścieknie za kolejne zniszczenia, ani o to, że chciał zatłuc najlepszego przyjaciela. Jego obowiązkiem było bronienie siostry przed każdym, kto podniesie na nią rękę.
Spletli się, jak kiedyś ich ojcowie. Trzymając w mocarnym uścisku swoje dłonie, tłukli się w klinczu, próbując uzyskać przewagę nad przeciwnikiem. Obijali się kolanami, modląc się, by ich organizmy wytrzymały kolejne uderzenia. Goten wreszcie trafił Trunksa czołem z taką siłą, że jego głowa odskoczyła. Zalewany krwią z rozciętego łuku brwiowego półkrwi Saiyanin odpłacił mu w ten sam sposób.
– Nigdy nie wygrasz z kimś, kto jest tak silnie zmotywowany, idioto – warknął Trunks. Szarpnął dłońmi Gotena w swoją stronę, prostując jego ramiona. Zanim ten zdołał z powrotem powrócić do klinczu, stopy w butach wojskowych wbiły się w jego klatkę piersiową, gdy Trunks w ciasnym obrocie kopnął go z dwóch nóg, strącając go z nieboskłonu.
Jak?! Jak ten sukinsyn może ze mną walczyć?! Przecież tyle czasu trenowałem z Piccolem!
– Tylko na tyle cię stać?! – Podniósł się z niewielkiego krateru. Syknął z bólu, gdy zdołał zablokować przedramieniem kolejny cios spadającego z nieba jak jastrząb na ofiarę Trunksa. Coraz bardziej wściekły, skontrował krótkim sierpowym w okolice wątroby, a następnie celnym podbródkowym. Trafiali się nawzajem w coraz mniej wyrafinowany sposób, z każdym uderzeniem zatracając się w bitewnym szale.
Połączone ki dwóch Super Saiyaninów drugiego poziomu wybuchły znów w złotych poświatach. W następnej chwili Goten i Trunks starli się w oszałamiającym huku, kiedy ich pięści zderzały się ze sobą raz za razem. Ziemia pod ich stopami za każdym razem pękała pod wpływem wyzwalanej mocy, a oni powoli zaczynali zapadać się w coraz głębszym  kraterze. Odlecieli na przeciwne końce wgłębienia tylko po to, by kolejny raz w furii ruszyć na siebie. Gotenowi kolejny raz udało się chwycił rękę Trunksa, gdy ten chciał go trafić w twarz. Drugi Saiyanin zrobił to samo w następnej sekundzie z wolną ręką Gotena. Kolejny raz mierzyli siły, stojąc na nogach ugiętych w kolanach. Nachylali się ku sobie, wykrzywiając twarze w wojowniczych grymasach. Goten splunął w twarz przyjaciela, jednak zanim plwocina dotarła do niego, wyparowała w szalejącej aurze. Wojownicy pozwalali by powietrze wokół nich drżało pod wpływem buchających energii. Podczas siłowania krater zaczęły wypełniać wyładowania elektryczne. Obaj nie zamierzali odpuścić, trzymając swoje dłonie i nie odrywając wzroku od siebie. Goten wyczytał w oczach przyjaciela mieszankę uczuć, o które by go nie posądził. Widział w nich przerażającą determinację i nienawiść, która zamroczyła jego zdrowy rozsądek.
– Przepraszam – wycedził przez zaciśnięte zęby. Napiął się, zbierając wszystkie siły do rozerwania klinczu. Dysząc, odskoczył na dwa kroki od przeciwnika.
– Nie obchodzi mnie to. Wymażę twoją duszę za to, że skrzywdziłeś moją siostrę! Za to, że cierpiała przez ciebie za życia! Za to, że cierpi teraz! Za każdą łzę, którą kiedykolwiek wylała z twoim imieniem na ustach! – Syn Vegety stał na lekko ugiętych nogach. Złożył obie ręce przy boku, obie skierowane wnętrzem dłoni w kierunku Gotena. Trunksa otoczyła fioletowa aura, a w dłoniach zaczęła kumulować się energia.
Jednak jest jak Vegeta. Pieprzony szaleniec! A ja? Czy nie udowodniłem już dzisiaj, że saiyańska krew potrafi mną zawładnąć? Powstrzymam go!
I zrobił pierwszą rzecz, jaka przyszła mu do głowy. Otoczony złotymi płomieniami i błyskawicami, stojąc na ugiętych nogach, postanowił wykonać najpotężniejszą technikę ze swojego arsenału. Pomiędzy jego dłońmi zrodziła się błękitna sfera.
– GALLIC…
– KAME–HAME…
Pomiędzy nimi z hukiem spadł jakiś obiekt. Coś z potężną siłą rąbnęło obu mężczyzn w nosy. Zanim obaj wojownicy zdążyli zareagować, otrzymali po jeszcze jednym ciosie, który chwilowo wyrwał ich z bojowego transu. Zanim jednak zdążyli zareagować, coś wyrzuciło ich obu na wiele metrów w odmiennych kierunkach.
– Co jest… – zaczął Goten, czując zaciskające się na jego szyi zielone palce. Pomimo bycia w drugim stadium Super Saiyanina, nie mógł zerwać uścisku. Spojrzał w kierunku wiszącego kilkanaście metrów dalej, na podobnej wysokości Trunksa, który również szarpał się z ich rozjemcą.
– Uspokoiliście się, durne bachory? – Zapytał wściekły Nameczanin, gdy jego ręce powróciły do normalnego rozmiaru. Przestał dusić obu Saiyaninów, jednak widząc ich dalsze chęci do kontynuowania bójki, złapał Trunksa za włosy i brutalnie wcisnął go w skalne podłoże, a Gotena z całej siły kopnął w twarz, pozbawiając go przytomności. Widząc obu wojowników w normalnych formach, zmarszczył brwi w grymasie niezadowolenia. Wziął syna Son Goku pod pachę, a syna Vegety zarzucił sobie na ramię i odleciał z nimi z tego miejsca.
Widząc taki finał walki, Bra podleciała do Piccola. Otarła ostatnie łzy, walcząc z chęcią zabicia obu mężczyzn. Zanim zdążyła choćby drgnąć, Nameczanin pokręcił głową. Bez słów, odlecieli.
Ile razy będę musiał ich rozdzielać i chronić? Nie jestem ojcem dla żadnego z nich. A jednak, wciąż mi na nich zależy, chociaż nie są już tymi samymi smarkaczami.

***


Gdyby spojrzenie czarnych oczu Gohana mogło zabijać, na planecie zamieszkałej przez Kaioshinów jedna dusza właśnie by zniknęła. Piccolo przed chwilą położył przed nim nieprzytomnego brata, opowiadając całe zdarzenie. Wcześniej Nameczanin oddał Trunksa Vegecie, jednak ten nie przejął się specjalnie losem syna. A przynajmniej nie dał tego po sobie poznać. Był za to zainteresowany stanem córki, którą natychmiast otoczył swoją opieką.

Ciężko wzdychając, zaczął chodzić w tę i z powrotem po niewielkim zagajniku. Nawet przez sekundę nie przyszło mu do głowy, żeby zawołać Dendego do uleczenia brata. Za takie zachowanie miał jeszcze odebrać właściwą karę z jego ręki.

Zatrzymał się w pół kroku i spojrzał na swojego mistrza.

– Co tego zidiociałego gówniarza poniosło do takiego zachowania? Ojciec nigdy w życiu nie podniósł ręki na matkę, ja nigdy bym nie pomyślał o uderzeniu Videl, to skąd ten śmieć wyciągnął takie zachowanie?! Sam bym go zatłukł, gdybym tam wpadł zamiast Trunksa!

– Młody człowieku, a co to za słowa?  

– Och, zamknij się. Sam go zlałeś, a mi robisz kazania – warknął pod nosem mrużąc przy tym oczy pod wpływem przebijających się przez korony drzew promieni słonecznych. Nie podobało mu się, że Nameczanin miał zamiar go teraz pouczać. 

Piccolo syknął. Już otwierał usta, żeby się odciąć o wiele młodszemu mężczyźnie, jednak przeszkodziło mu wylądowanie Shina w bezpiecznej odległości. Kaioshin podszedł do ukrytych w cieniu drzew mężczyzn, przywołując na twarz przepraszający uśmiech i skinął im głową.
– Chyba przerwałem wam jakąś emocjonującą rozmowę, panowie? – Zapytał patrząc to na półkrwi Saiyanina, to na Nameczanina. Wyczuwając rosnące pomiędzy nimi napięcie, przesunął palcami po ułożonych w irokeza włosach. – Nie zmienia to faktu, że nie przyleciałem tutaj poplotkować. Jest ważna sprawa, a w mojej opinii, będziecie chcieli na to rzucić okiem.
– Już mamy ważną sprawę do wyjaśnienia sobie. Jak się rozmówimy, to wpadniemy do ciebie – warknął syn Goku. Na potwierdzenie swoich słów, położył stopę na klatce piersiowej leżącego na ziemi brata. Shin nie skomentował stanu Gotena, widocznie już znając całą historię.
– Myślę, że on też by chciał to zobaczyć, Gohan. Jako wasz gospodarz, jestem zmuszony nalegać, żebyście polecieli ze mną do Starego – uśmiechnął się przebiegle, dumny z szybkiego załatwienia tej sprawy. Nie miał czasu do stracenia, a w ostatnim czasie gorąca krew Saiyanów wręcz wrzała, przez co w ciągu ostatnich miesięcy ich napady humorów groziły zniszczeniem planety.
Gohan zaklął pod nosem, czując się wykiwanym przez bóstwo. Wzruszając ramionami, Piccolo wyszedł spomiędzy drzew, co jakiś czas wyczekująco patrząc w kierunku Gohana. Ten zarzucił sobie brata na ramię i udał się za nimi. Razem odlecieli w stronę miejsca uważanego za główne miejsce spotkań.
Po kilku minutach dotarli do celu. Jeszcze zanim wylądowali, Piccolo zauważył, że zebrali się wszyscy, włącznie z Vegetą. Cała grupa stłoczyła się wokół lewitującej na wysokości ich oczu szklanej kuli.
Chyba szykuje się coś niedobrego, skoro nawet Pan Książę obserwuje wszystko z taką uwagą.
– Shin, co się dzieje? – Padło pytanie z ust Gohana, z którego uleciało całe wcześniejsze zdenerwowanie, zastąpione teraz kombinacją ciekawości i strachu. Bóstwo nie odpowiedziało mu, lądując w szybkim tempie. Wojownicy bez słowa ruszyli za nim. Gohan bezceremonialnie rzucił wciąż nieprzytomnym bratem pod nogi młodszego Nameczanina, który stał nieopodal, a następnie stanął obok Pan.
Co do…
Przez ten widok nie mógł dokończyć myśli. Gapił się z lekko otwartymi ustami w obraz pokazywany w szklanej kuli. Patrzył na zniszczone miasto, w którym walały się trupy.
– Co się stało? – Zapytał wreszcie.
– Nie widzisz? Przyjrzyj się dokładniej, młody Saiyaninie – polecił mu starszy Kaioshin, którego niegdyś uwolnił z miecza.
Wraz z opadającym dymem mógł zobaczyć poobijaną, osmaloną białą kulę otoczoną gruzami. Powietrze wokół niej było nagrzane. Gohan zauważył, że Piccolo nie wierzy w ten widok. Sam też nie mógł pojąć, jak to jest możliwe. Frieza nie żył od ponad wieku. 
To kapsuła kosmiczna. Dokładnie taka jak ta, w której zamknął mnie Raditz!
– Przecież wasz gatunek wymarł, jak to możliwe? – Zapytał Nameczanin, patrząc wyczekująco na Vegetę. Niższy mężczyzna wydawał się być opanowanym, ale zdradzało go nerwowe zaciskanie dłoni w pięści. Stojące za nim rodzeństwo  zakłopotane nie patrzyło na swojego ojca, którego ogon drgnął ostrzegawczo.
– Jeśli wymarliśmy, to skąd się wziął na Ziemi ten chłopak? – Odpowiedział pytaniem na pytanie książę. Patrzył na szklaną kulę z taką intensywnością, jakby wyczekiwał pojawienia się na jej powierzchni gotowych odpowiedzi na nękające go od tamtego dnia pytania.
Gohan nie zauważył momentu, w którym Goten wstał. Potraktował go jak powietrze nawet wtedy, gdy ten stanął obok niego. Za to nie umknęło to samemu Vegecie, który minimalnie się poruszył, jednak czując na ramieniu dłoń córki, został na swoim miejscu. Obiecał sobie, że i tak nie odpuści chłopakowi wydarzeń z tego dnia. 
Każde z nich zdawało się wyczuwać kłopoty kłębiące się wokół ich rodzimej planety. Kapsuła pozostawała wciąż zamknięta, powodując stale rosnące napięcie u obserwatorów.
– Może ktokolwiek w niej był, nie przeżył momentu wejścia w atmosferę lub zderzenia z powierzchnią? – Zapytała Pan, patrząc wyczekująco na ojca. Ten tylko pokręcił głową w odpowiedzi. Nie znał tak dobrze saiyańskiej technologii, ale na podstawie własnych obserwacji wiedział, że to graniczyło z cudem. Do zniszczenia tego środka transportu było potrzebne coś więcej, niż wysoka temperatura i zderzenie z betonem.
– To niemożliwe – potwierdził jego przypuszczenia Vegeta. Kto jak kto, ale to właśnie on najlepiej znał się na kapsułach. – Te obiekty są bardzo trudne do zniszczenia, przynajmniej od zewnątrz – spojrzał wymownie na Gohana, uśmiechając się półgębkiem – przystosowane do najróżniejszych warunków. Coś takiego jak budynki i skały nie są dla nich problemem. 
Piccolo zaklął na głos, nie zważając na obecność Pan i Bry, gdy właz jednoosobowego statku kosmicznego niespodziewanie odskoczył. Na krawędzi białej powierzchni pojawiły się zaciskające na niej palce. Wszyscy wstrzymali oddechy, wyczekując dalszego rozwoju sytuacji. Z wnętrza wyłoniła się jakaś postać. Rozejrzała się wokoło bez pośpiechu. Zamaskowana twarz uniemożliwiała rozpoznanie tożsamości osoby. Przybysz, bez wątpienia mężczyzna, zaczął unosić się w powietrzu. Dym w końcu opadł i wszyscy natychmiast dostrzegli tak charakterystyczną zbroję z szerokimi naramiennikami i ogon, który raz po raz wyłaniał się zza pleców przybysza. 
Był to wojownik o bujnej czarnej grzywie i posturze, która zwykłego człowieka wpędziłaby w zazdrość. Na uchu miał założony scouter z zielonym szkłem przysłaniającym prawe oko, a lewe miał w tej chwili przymknięte. Pod pancerzem było widać krótkie nogawki typowego kombinezonu bojowego, które nosili Saiyanie.
– Czy to ojciec? – Wyrzucił z siebie Goten, widząc tak charakterystyczne ułożenie włosów. Czarna palma na głowie wojownika lekko drgała poruszana wiatrem, co jakiś czas odsłaniając przecinającą czoło bliznę. Nikt mu nie odpowiedział, próbując nie dopuszczać do siebie takiej możliwości. Skoro widzieli Goku znikającego w towarzystwie Shenrona, to jakim cudem mógł wrócić na Ziemię, na dodatek w taki sposób?
Gotenowi wydawało się, że słyszy wzmożone procesy myślowe w głowach stojących najbliżej niego osób. Przybysz z kosmosu był tak podobny do ojca, równocześnie pod wieloma względami różniąc się od niego. Widać było, że jest bardziej opalony od Son Goku. Trudno też było oszacować jego prawdziwy wzrost na podstawie obrazu z kuli. 
Co z tą blizną na czole? Jakim cudem tata by dał się zranić komuś tak dotkliwie? Dlaczego jest w pancerzu? Skąd ta maska? Co tu się dzieje?!
Obserwowali go przez chwilę w milczeniu, jak wisiał w kompletnym bezruchu. Wreszcie mężczyzna uniósł rękę do ucha, wciskając przyciski na swoim scouterze. Dwóch zielonoskórych widziało migające na szkiełku cyfry i literki. Trudno im było odczytać wyraz jego twarzy, przez co nie znali jego zamiarów. Scouter pokazał wynik, a następnie zamarł. Kosmita potoczył wzrokiem po najbliższej okolicy, wyszukując żywych osób.
Wydawał się być bardzo wyluzowanym, ale Vegeta nie dał się tak łatwo nabrać. Znał całą gamę saiyańskich zachowań. Widząc wciąż nerwowo poruszający się ogon, przeczuwał nadchodzące kłopoty. 
Jakby słysząc przeczucia Vegety, mężczyzna wyciągnął obie ręce w przeciwnych kierunkach. Zaraz potem kłująco ostre światło zasłoniło widok w szklanej kuli, zmuszając obserwujących do zasłonięcia oczu. 
Piccolo opadł na kolana. Trunks czuł spływające mu po karku strużki potu. Gohan zakrył otwarte usta dłonią. Dende patrzył na wszystkich, próbując stwierdzić, czy to jawa czy sen. Vegeta wciąż nie wychodził z roli bezuczuciowego drania, próbując przebić się wzrokiem przez atakujące jego oczy światło.
– Czy oni… – zaczęła Pan, jednak jej głos się załamał. Dziewczyna gwałtownie przylgnęła do ojca, próbując ukryć swoje łzy przed resztą osób.
– A jak myślisz? – Rzeczowy ton jedynego prawdziwego Saiyanina pośród nich nie zostawił żadnych złudzeń. Wiedział, że wszystko pochłonęła potężna eksplozja energii ki, wymazująca miasteczko wraz z całą jego populacją. 
Skąd miał pewność, że tak się stało? Sam zrobiłby podobnie, jak miał okazję już udowodnić to w przeszłości.


Mogą być momenty z większymi odstępami i momenty takowych pozbawione. Nie wiem, z jakiego powodu. Edytor mi oszalał, gdy wkleiłem tekst z worda, próbowałem ze cztery razy, i się poddałem.

Jak się podobało? Wszystko zaczyna nabierać tempa. Jak zawsze, liczę na feedback :)
Szablon wykonała Sasame Ka z Ministerstwo Szablonów