niedziela, 2 lipca 2017

7. Wielkie poświęcenie



Cześć. Chwilę mnie nie było, z różnych przyczyn. Żyję, mam się dość dobrze. Trochę zajęło mi napisanie tego rozdziału, ale ostatecznie się pojawił. Zapraszam do lektury i komentowania :)

Mitsau czuł wielkie poirytowanie.  Zagryzał zęby, nie chcąc wreszcie powiedzieć na głos swoich myśli na temat dziewczyny. Wreszcie za westchnięciem ukrył cisnące się na usta słowa. Wyżył się na kamieniu, ciskając nim w niedalekie jezioro.
– Dlaczego tak bardzo gryzie cię moja obecność? – Yuki burczała znad swojej miseczki z ryżem. Żeby zaakcentować swoje słowa, wycelowała w jego kierunku drewnianymi pałeczkami.
Bo jesteś zbędna, słaba, irytująca. Nie jesteś rodziną.
– Mitsau ma gorsze dni. Od czasu turnieju nie spotykaliśmy ludzi, więc teraz może czuć się przytłoczonym tyloma nowymi osobami – słowa Mistrza wpadły w gęstniejącą atmosferę pomiędzy dwójkę młodych osób. – Pewnie zaraz mu przejdzie.
Dodając te zdanie spojrzał mu w oczy, a młody mężczyzna poczuł przed nim mimowolny respekt. Musiał bowiem przyznać, że spojrzenie w czerń oczu jego opiekuna mogło przypominać obserwowanie zbliżającej się z oddali burzy albo wybudzającego się z letargu smoka. Przełykając ślinę, odwrócił głowę od niego, nie chcąc prowokować prawdziwej awantury. Wojenka z Yuki była przy tym niczym.
– Jesteś. To wystarczający powód. Idę po drewno na opał. Poszukam go gdzieś na drugim końcu lasu – to mówiąc, podniósł się z pozycji siedzącej.
Drgnął, bardziej wyczuwając niż widząc ruch z kierunku, z którego wcześniej przyszła ta dziewczyna. Początkowo sądził, że wróciła ta wiedźma ze swoim jasnowłosym tragarzem. Kiedy jednak spojrzał w tamtym kierunku, serce w jego piersi zamarzło.
W ich stronę biegło czterech mężczyzn. Byli dziwnie ubrani, w sposób zupełnie niepasujący do czegokolwiek, co miał okazję zobaczyć. Nawet podczas turnieju nie zaobserwował nikogo w podobnie dziwnych ciuchach.
To nie ciuchy, to jakieś skorupy. Coś jak u żółwi.
– Ktoś do nas idzie – zakomunikował krótko. Wiedział, że Mistrz zareagował. Nie musiał patrzeć, by znać jego reakcję.
Nogi miał jak z waty, gdy zauważył kolejny szczegół ich wyglądu. Tłumaczył sobie, że nie ma takiej możliwości, by byli podobni. Jednak im dłużej przypatrywał się czterem osobom o ukrytych za maskami twarzach, tym więcej dostrzegał podobieństw. Nie mogło być dziełem przypadku, że każdy z nich miał długie włosy ciemne jak noc. Każdego z nich cechowała wyraźna muskulatura.
Jednak ich sposób poruszania był zupełnie inny. Podczas gdy on chodził jak osoba pewna swoich umiejętności, oni kroczyli z gracją polujących wilków. I to poraziło jego ciało potężnym ładunkiem niepewności. Oni nie byli przeciwnikami porównywalnymi z ludźmi walczącymi podczas Tenkaichi Budokai.
Gdy czterech obcych stanęło w odległości kilku kroków od nich, pierwszy raz usłyszał głos jednego z nich. Dziwnie zniekształcony, gardłowy i chrapliwy, odezwał się w nieznanym mu języku.
Jakbym słyszał dzikie zwierze.
Stojący na czele grupy mężczyzna, Mitsau odruchowo nazwał go alfą, przemawiał do nich jeszcze kilka razy, za każdym razem w inny sposób, jednak z podobnym skutkiem. Ani Mistrz, ani Yuki, a już tym bardziej Mitsau, nie rozumiał wypowiadanych przez niego słów.
Gdy wydawało się, że zamaskowany przemówi ponownie, ten stanął w pozycji bojowej. Mitsau, jakby wiedziony tajemniczym zaklęciem, spojrzał głęboko w jego ciemne oczy. Serce w jego piersi zaczynało wybijać rytm pieśni wojennej, gdy nagle zabrano mu wszystko.
– Mały, to nie będzie taka walka, jak do tej pory. Nawet walka z Neko nie była czymś tak poważnym – powiedział Mistrz w sposób zupełnie niepodobny do jego zwykłego stylu mówienia. Nie było w nim ani nuty rozbawienia, które zastąpił chłód.
Mitsau skrzywił się. Przepełniony żalem cofnął się o krok, ciągnąc za sobą Yuki. Alfa cofnął się o krok, a na jego miejsce wyszedł równy Mitsau wzrostem i mocniej od niego umięśniony wojownik.
Skoro starzec tak bardzo pragnie walki, to proszę bardzo! Nie będę mu przeszkadzać! Niech ma swoją chwałę!

Mistrz spojrzał na swojego podopiecznego jak zwykł na syna patrzeć surowy ojciec. Nie miał jednak wyjścia, jeśli chciał uchronić go przed śmiercią. Biorąc głęboki wdech, opanował swoje wątpliwości. Przy wydechu rozbudził wewnętrzny ogień.
Bardziej gotowym do walki to ja już nie będę.
Stojący naprzeciw niego kolos napiął się. Gdy otoczyła go jasna aura, ziemia pod ich stopami zaczęła lekko drgać. Mistrz uśmiechnął się, postępując tak samo. Ruszyli na siebie równocześnie, z szybkością powodującą opad szczęki u Yuki, a u Mitsau dobrze ukrywany zachwyt. W jego przekonaniu, podczas walki z Neko jego opiekun nie pokazał pełni swoich możliwości.
Starszemu mężczyźnie jakimś cudem udało się uniknąć piekielnie szybkiego sierpowego, który mógłby komuś urwać głowę. Zanim cios mający trafić w żebra przeciwnika dotarł do celu, ten zdążył odskoczyć. Przy kolejnych starciach zderzali się pięściami lub przedramionami, skutecznie blokując trafień w ważne punkty ciał.
Mitsau co jakiś czas odrywał wzrok od pojedynku na przekraczającym jego rozumienie poziomie. W tych momentach zerkał na pozostałych trzech dziwnych mężczyzn. Ci wydawali się być całkowicie rozluźnionymi, przyglądając się walce bez oznak większego zaciekawienia. Ich ogony, identyczne z jego własnym, falowały leniwie w lewo i prawo.
Po kwadransie została przelana pierwsza krew. Tajemniczy gigant trafił czubkiem stopy w brodę starca, wyrzucając go w powietrze. Następnie szybko doleciał do niego i złączonymi dłońmi uderzył z góry w jego klatkę piersiową. Bezwładny Mistrz wbił się w ziemię jak kamień i zaległ w niewielkim wgłębieniu. Jego przeciwnik wisiał w powietrzu, opuszczając gardę. Lekko przekrzywiając głowę, wpatrywał się w ciało starca. Czułe ucho Mitsau wychwyciło trzaski zakłóceń dochodzących od strony dziwnych mężczyzn. Widocznie musieli rozmawiać z ich towarzyszem z powietrza. Potwierdziło się to po chwili, gdy tamten ponownie stanął w pozycji pokazującej jego dalszą gotowość do walki.
– Mistrzu! – krzyknął młody mężczyzna, ruszając w jego kierunku. Zamarł o krok od miejsca, gdzie spadł jego opiekun z prostego powodu. Najpierw pojawiła się ręka, która oparła się o grunt. Za nią druga, aż wreszcie ponad krawędzią niewielkiego krateru pojawiła się twarz jego przybranego ojca. Mitsau mógł przysiąc, że nigdy wcześniej nie czuł tak wielkiej ulgi. Mistrz był poobijany, ale nie wydawał się być bliskim poddania się. Wręcz przeciwnie, w jego oczach płonął ogień rozpalonej furii.
– Powiedziałem ci, że masz się odsunąć i nie przeszkadzać! – warknął na niego, gdy całkowicie wydostał się z dziury.
Otoczony jasnymi płomieniami uniósł się w powietrze i zaszarżował na przeciwnika. Zaskoczony przybysz przyjął uderzenie na twarz, a następnie Ziemianin wystrzelił w jego brzuch z bliskiej odległości pocisk ki. Spowity dymem gigant przeleciał dobre dziesięć metrów zanim się zatrzymał. Ku ogólnemu zdziwieniu, starszy mężczyzna nie kontynuował swojego natarcia, tylko oczekiwał na powrót przeciwnika.
No dalej. Na co cię stać, dziwolągu?
Gigant powrócił do niego. Lekko zdziwiony, jednak bez nawet najmniejszego zadrapania na napierśniku. Podkreślając jego odporność, uderzył pięścią w miejsce, gdzie przed chwilą eksplodowała na nim energia. Na twarzy Mistrza odmalowało się przerażenie, które na moment unieruchomiło go. Kolos to wykorzystał, zasypując go gradem ciosów.
Przyjmowanie uderzeń na swój sposób otrzeźwiło starego mężczyznę, boleśnie przypominając o trwającej walce, w której stawką było jego życie. A jeśli miał zamiar tak opuszczać gardę, to mógł sam sobie już kopać grób. Odrzucił kopnięciem przeciwnika, co dało mu chwilę na opanowanie. Otarł krew z twarzy i jeszcze raz zaszarżował. Starcie po kilku minutach powróciło na ziemię, gdzie nawet na chwilę nie osłabło.
Jednak z upływem kolejnych minut okupionych bólem, dla obserwatorów stało się jasnym, komu sprzyjało większe szczęście. Gigant wciąż zdawał się nie być zmęczonym, czego nie można było powiedzieć o Ziemianinie.
– Mistrzuuu! – Mitsau zdzierał sobie gardło. Widząc mężczyznę w takim stanie, czuł chęć rzucenia się w wir walki. Jakiś wewnętrzny głos podpowiadał mu, że to właśnie powinien zrobić. Szeptał mu do ucha obietnicę krwi wrogów, którą to Mitsau miał przelać.
Starzec uśmiechnął się, co w jego stanie było zadziwiającym zjawiskiem. Raz jeszcze stanął na ugiętych nogach, zapraszając przeciwnika do tańca śmierci. Tym razem coś się zmieniło, co nie umknęło uwadze czterech zamaskowanych najeźdźców. Jak jeden mąż, przebudzili swoje scoutery, które z rytmicznym pikaniem rozpoczęły analizowanie sytuacji.
Wokół Mistrza pojawiła się jasna aura. Z okrzykiem bojowym wyzwolił z siebie moc, od której drobiny ziemi i nieduże kamienie w promieniu kilku metrów zaczęły się unosić w powietrzu.
– Sądziłem, że nigdy nie sięgnę po tę technikę… – powiedział z tak dużą determinacją, że Yuki niedowierzała. Walka wymykała się jej rozumowi, jednak coraz bardziej podziwiała hart ducha tego mężczyzny. Stojący obok niej Mitsau padł na kolana, obserwując to z przerażeniem.
Dostrzegając kątem oka reakcję swojego przybranego syna, zwrócił swoją poobijaną twarz w jego kierunku. Jego usta kolejny raz wykrzywił uśmiech. Tym razem był on przeznaczony jedynie temu młodemu mężczyźnie. Mistrz w tym krótkim geście przekazał mu całą swoją miłość i wiarę w jego potencjał, ale przede wszystkim przekazał jasny sygnał – nie zamierzał tam umrzeć.
– Kaio-ken!

Ryujin Son Goku siedział na szczycie złotej kopuły w pozycji kwiatu lotosu. Wokół niego, jakby wytwarzał własne pole grawitacyjne, krążyły kryształowe kule. Wrażenie przypominania środka małej galaktyki wzmagał fakt, że był przemieniony w Super Saiyanina.
Mogło się wydawać, że mężczyzna był najbardziej opanowaną osobą, która kiedykolwiek żyła. Był jednak w ponurym nastroju, o czym świadczyły ściągnięte w cienką kreskę wargi oraz pogłębiająca się bruzda na jego czole. Nie zdawał sobie sprawy, że z wnętrza dłoni ścieka mu krew.
– Jak to możliwe? Jakim cudem jest ich więcej? I jak wszedł w posiadanie wiedzy o takiej technice? – Mówił do samego siebie. Świadomość tego, że nikt mu nie odpowie, doprowadzała go do momentu, w którym od nowa by musiał formować smoczy wymiar. Ostatkami silnej woli trzymał swoją moc w ciele, pozwalając jej bardzo powoli i w kontrolowany sposób wypływać przy pierwszej formie transformacji.
A przede wszystkim, dlaczego wydaje mi się, że ki jednego z tych Saiyan jest mi bliska?
– Shen! – ryknął ile sił w płucach, mając nadzieję na pojawienie się dawnego ziemskiego smoka. Przez niesamowicie ciągnące się minuty nic się nie działo, aż wreszcie powietrze w całym wymiarze zgęstniało.
Ciemniejące niebo przecięła błyskawica, która pozostawiła po sobie ślad nieznośnie przypominający rysę na szkle. Rysa zaczęła się rozciągać i wybrzuszać, jak gdyby coś na nią napierało z drugiej strony. Saiyanin wreszcie dostrzegł za cienką materią szkarłatny błysk oka potężnego jaszczura. Następnie pojawił się obleczony różnobarwnymi wyładowaniami pysk, a za nim wysunęło się wielometrowe cielsko powleczone zielonymi łuskami. Emerytowany ryujin zdawał się być oszołomiony przeniesieniem do tego wymiaru, co było niezwykłym zjawiskiem.
– Jeśli masz zamiar jeszcze raz mnie tu ściągnąć, gdy się przemienisz, to cię zeżrę! Przechodzenie jest trudne i bez tego! Gdy przemieniasz się, nawet w pierwsze stadium Super Saiyanina, to jesteś o wiele potężniejszą jednostką! – Wściekła bestia rugała Goku bez cienia wstydu. Jej głos, niczym potężny huragan, uderzał  mężczyznę z nieznośnym hukiem.
– To ja się przemieniłem? – Zaskoczenie na twarzy Goku było dla Shenrona wyraźnym sygnałem, że Saiyanin wszedł na pierwszy poziom transformacji w sposób pozbawiony kontroli. Dotykając swoich włosów, otrzymał potwierdzenie smoczych słów. Z wyrazem skruchy na twarzy, ponownie zszedł do swojej zwykłej formy.
Shenlong tylko prychnął, gdy owijaj sploty potężnych mięśni wokół wiszącego placu. Jego łeb zatrzymał się na wysokości Goku, tak że ten był zmuszony mrużyć oczy pod wpływem wewnętrznego blasku smoczych ślepi.
– Możesz mi łaskawie powiedzieć, jakim cudem ten starzec zna technikę, której ostatnim użytkownikiem byłem ja?! – Czarnowłosy mężczyzna poderwał się, a kule podążyły za nim, wirując wokół jego głowy. Zirytowany tym, że kryształowe obiekty przelatują przed jego oczami, jedną myślą zmusił je do zmiany pozycji. W następnej chwili smocze kule zawisły za jego głową, przypominając dziurawą aureolę utkaną ze złota.
Czarodziejski smok głośno mruknął, starając się odnaleźć odpowiedź. Gdy wreszcie zabrał głos, mina Son Goku zrzedła:
– To bardzo delikatna i skomplikowana sprawa. Ten mężczyzna powinien był nie żyć od wielu dziesięcioleci. Kiedyś był silnym, młodym Ziemianinem. Nawet bardzo silnym, prawie jak twoi bliscy. Żył w dostatku, miał rodzinę i przyjaciół, ale wciąż pragnął stawać się potężniejszym. Wyruszając w podróż przez cały świat, uczył się kolejnych technik…
– I WTEDY POZNAŁ KAIO-KEN?!
Shenron warknął na niego ostrzegawczo, zanim podjął swoją wypowiedź:
– Uczył się kolejnych technik, jednak to nie dawało mu satysfakcji. Pewnego wieczora, podczas jednej z ostatnich wypraw, zatrzymał się na noc w okolicy o złej sławie. Gdy już prawie zmorzył go sen, usłyszał hałas. Ktoś awanturował się pod jego oknem. Chcąc pomóc, wybiegł na ulicę, gdzie stoczył pojedynek z grupą innych ludzi. Pokonał ich w walce, a wtedy ktoś strzelił mu w plecy. Kilkukrotnie. Był tylko człowiekiem, w porównaniu do ciebie. A skoro nie posiadał twoich talentów, to nie miał możliwości zatrzymać kul.
– Co to ma do rzeczy? – Irytacja Goku osiągała już prawdziwe wyżyny. Spojrzał wyzywająco na smoka, gdy ten rozwarł szczęki z ogłuszającym rykiem. Jakby tego było mało, owinął się wokół mężczyzny, nie pozwalając mu na ruszenie chociażby jednym palcem.
– Posłuchaj mnie, krucha kreaturo! Jeśli masz zamiar przerwać mi jeszcze raz, to zrób to teraz! Inaczej połamię ci wszystkie kości, a tę pustą głowę odgryzę! – Saiyanina owionął wyciskający łzy z oczu smród wydobywający się ze smoczej paszczy.
Nie groź mi w moim domu…
Gdy napięcie opadło o odrobinę, a smok pozwolił, by mężczyzna nie stracił czucia w palcach, historia została wznowiona:
– Jak każdy śmiertelnik, trafił przed oblicze Enmy. I tutaj robi się ciekawie, ponieważ gdy nadeszła jego kolej, pojawiła się Baba Gula (?), nakazując zwrócenie mu ciała i zezwolenie na podróż Drogą Węża. Wojownik przez bardzo długi czas szedł, aż dotarł do planety Kaio. Mistrz nie był zachwycony tą wizytą, jednak pozwolił mu przystąpić do próby. Minęło wiele czasu, zanim mężczyźnie udało się zostać uczniem twojego byłego mistrza. I jeszcze więcej, zanim opanował sekretną technikę, o którą mnie teraz pytasz. Pewnego dnia na planetę Kaio przybył Kaioshin w towarzystwie Baby, składając człowiekowi propozycję.
Jaką propozycję?
Zanim jednak Goku otworzył usta, boleśnie ugryzł się w język. Już wystarczająco nadużywał cierpliwości smoka, którego uważał za swojego towarzysza.
– Człowiekowi powiedziano, że w zamian za wyrzeknięcie się poprzedniego życia i imienia, pozwolą mu wrócić, żeby w przyszłości spełnić jedno ważne zadanie. Mając przed sobą perspektywę powrotu na Ziemię, wojownik lekkomyślnie zgodził się podjąć tego zajęcia. Minęły lata, zanim wziął pod swoją opiekę dziecko gwiazd. On uczył się od dziecka, a ono od niego. Dzięki temu powstała pomiędzy nimi więź, która może być zbudowana jedynie na silnym uczuciu. I tak dotarliśmy do tego, co jest dzisiaj – Podsumował z mlaśnięciem jęzora.
– Skąd wiedzieli, że na Ziemię spadnie kapsuła z saiyańskim dzieckiem? Dlaczego nie wiedziałem o tym zdarzeniu? Dlaczego nikt z planety Kaio o tym nie wiedział?
– Po pierwsze: nie wiem. Może z jakiejś przepowiedni. Po drugie: to był okres twojego najcięższego treningu. Po trzecie: usunięto ich wspomnienia o tamtym wydarzeniu. To było konieczne. W przeciwnym wypadku mogliby naciskać na wskrzeszenie ich z jakichkolwiek pobudek – rzeczowy ton Shenrona sugerował mu jasno, że ten coś przed nim ukrywa. Widział w smoczych oczach wiedzę na temat kolejnego pytania. I domyślał się, że ten mu nie odpowie, dlaczego żaden z martwych wojowników nie może zaprowadzić porządku na Ziemi.
Może to jednak moja dusza jest uwięziona w niebycie, a to wszystko jest tylko pokręconym snem? To niemożliwe, że ktoś taki może żyć. My wymarliśmy…

Część przybranych mieszkańców planety Kaioshinów szybko straciła zainteresowanie najazdem na Ziemię. Nie oznaczało to jednak, że zdarzenie wyparowało z ich głów. Frustrację brakiem możliwości ponownego wpadnięcia w bitewny zgiełk zabijali w najprostszy sposób – walczyli pomiędzy sobą tak zaciekle, jak tylko mogli.
– Gohan, zwolnij! – jego młodszy brat był w prawdziwych tarapatach. Pierworodne dziecko Son Goku ani na moment nie zapomniało, jak jego młodszy krewniak potraktował Brę. A zgodnie z obietnicą, Goten miał dopiero odebrać swoją karę.
Gohan z nadludzką prędkością podleciał do niego, zaciśniętą prawą dłonią celując w jego splot słoneczny. Młodszy z braci nie miał szans tego zablokować. Pięść wbiła się w jego ciało kilka centymetrów pod mostkiem. Goten dosłownie zgiął się w pół, by następnie utrzymać się na nogach tylko dzięki ręce brata. Gdy spojrzał na starszego mężczyznę, nie mógł uwierzyć w to, co zobaczył.
On mnie nienawidzi.
Jakby słysząc jego myśli, Gohan przeszedł w stadium Super Saiyanina. Turkusowe oczy nie były tak chłodne bardzo dawno, nawet gdy ten walczył ostatni raz z Vegetą. Pierwotny gniew ich rasy przebudził się w każdym atomie ciała wypełniając go siłą, przeciwko której Gotenowi miało zabraknąć argumentów.
– Powiedziałem, że masz walczyć! Wbrew twoim myślom, jestem mniejszym złem. Gdybym pozwolił Vegecie na wymierzenie ci kary, to by zmiótł całą planetę. Ja najwyżej rozerwę twoje żałosne ciało na strzępy.
Gohan cofnął się o krok, dając młodszemu Saiyanowi krótką chwilę na wstanie. Gdy tak się stało, lewą ręką złapał go za włosy, a prawą przyłożył do jego brzucha. Pomiędzy jego palcami uformowała się jasna kula energii ki, przypalająca najpierw strój Gotena, a wreszcie jego skórę i mięśnie.
– Albo w tej chwili wchodzisz na drugi poziom, albo ten pocisk przebije cię na wylot – wycedził przez zęby starszy z braci. Z wiadomego powodu był wściekły na Gotena, ale w podobnym stopniu czuł złość i obrzydzenie do samego siebie, za posuwanie się tak daleko.
Son Goten burknął pod nosem coś niezrozumiałego, spełniając przy tym polecenie Gohana. Z bojowym grymasem, wśród wyładowań elektrycznych, transformował się od razu na drugi poziom Super Saiyanina. Jak na zawołanie, przypalająca go sfera zniknęła. Starszy syn Goku odskoczył od niego na kilka metrów, chowając za plecami prawą rękę. Zgodnie z jego przewidywaniami, takie zachowanie sprowokowało Gotena do natychmiastowego zaszarżowania. Młodszy z braci uderzał i kopał, jednak pomimo bycia na wyższym poziomie transformacji miał problem z trafieniem Gohana. Jego ciosy częściej przecinały powietrze, czasami jednak zdarzało się, że lądowały na gardzie drugiego wojownika.
– To wszystko? – Gohan czuł się w starciu coraz pewniej, coraz bardziej lekceważąc przeciwnika. Dlatego jego zdziwienie było znacznie większe, gdy odchylił się przez obrotowym kopnięciem na głowę. Skoro tylko ponownie się wyprostował, Goten posłał w jego odsłonięty korpus ładunek ki wielkości dorodnego arbuza. Kula cisnęła Saiyaninem w położoną kilkanaście metrów dalej górę, wbijając go pomiędzy skały.
– Widzę, że nic się pod tym względem nie zmieniło. Smarkacz wciąż potrafi poczuć się zbyt pewnie podczas walki, a później dostaje po gębie. Typowe dla tej rodziny – mruknął poirytowany Piccolo, oglądając pojedynek z bezpiecznej odległości. Wcześniej postanowił, że nie będzie się wtrącać w tę sprzeczkę. A jeżeli Gohan by miał się zbyt zapędzić, to zawsze istniała możliwość przywołania Vegety.
Starszy z synów obecnego Ryujina wygrzebał się spod bloków skalnych cały poobijany. Górna część jego gi była w dużej mierze popalona i porozdzierana. W samą porę zdążył podnieść głowę, ponieważ w jego kierunku mknęła błękitna kometa rozmiarów dwupiętrowego domu. Technika zlekceważonego Saiyanina pochłonęła go w świetle i ryku burzy.
Goten jednak nie zamierzał się cieszyć. Dysząc, wpatrywał się w te samo miejsce. Tam, gdzie przed chwilą stała góra, był płytki kanion. Jego bardziej interesował jasny punkt wiszący w powietrzu. Gohan to przetrwał, a na dodatek postanowił wziąć walkę na serio.
Pojawił się przed bratem w chwili, gdy ten zdążył mrugnąć. Miał na sobie poszarpane spodnie, przez co powiększone sploty jego mięśni na całym ciele były doskonale widoczne. Otoczony jasną aurą przetykaną częstymi wyładowaniami elektrycznymi, wisiał przed Gotenem jak bóstwo wojny. Starł z czoła kurz zmieszany z krwią, sączącą się z niewielkiego rozcięcia nad łukiem brwiowym. Czarne włosy poruszył lekki powiew wiatru.
Mistyczny wojownik wreszcie zaatakował. Uderzył kolanem w brzuch Gotena z taką siłą, że ten obawiał się wylotu swoich organów wewnętrznych przez plecy. Młodszy Saiyanin był przygotowany na powtórkę ciosu, dzięki czemu udało mu się kolejny cios kolanem przyjąć na gardę. Kości w jego przedramionach niebezpiecznie zaprotestowały przy tym. Przed trzecim atakiem spróbował się odgryźć, co poskutkowało przeskoczeniem Gohana ponad nim. Goten nie spodziewał się, że brat pochwyci go za włosy i wyrzuci w powietrze. Jakby tego było mało, posłał za nim całą serię pocisków, przed którymi tylko połączenie cudu i refleksu pozwoliło mu się uchylić.
Co za potwór!
Rozzłoszczony Goten, otoczony złotymi płomieniami, ruszył na brata. Gohan wyszedł mu naprzeciw. Z ogłuszającym hukiem starli się, wymieniając potężne ciosy. W krótkiej wymianie górą był starszy brat, który wreszcie najpierw trafił Gotena prawym sierpowym w twarz, a następnie poprawił mu czołem w nos.
– Jak ci się podoba, gdy silniejsza osoba tak cię traktuje? – zapytał pozornie spokojny Gohan. Przytrzymując brata jedną ręką, na zmianę uderzał w jego twarz pięścią prawej ręki i czołem.
– Za… za dużo gadasz! – warknął w odpowiedzi Goten, w międzyczasie wypluwając krew.
Gohan zrozumiał jego słowa, gdy kolejny raz podczas tego pojedynku przyjął na siebie niemożliwy do uniknięcia pocisk energii. Zaskoczony siłą, został strącony z nieba. Lecący za nim w szaleńczym tempie Goten chciał przypieczętować walkę ostatnim atakiem, po którym jego brat nie powinien wstać. Układając dłonie w charakterystyczny sposób, zgromadził pomiędzy nimi energię uformowaną w błękitną sferę.
Ale gdy Gohanowi brakowało około dwóch metrów do ziemi, wyparował. Dosłownie zniknął bratu z oczu, gdy ten chciał jeszcze raz potraktować go techniką ich ojca. Przy próbie odwrócenia się i bezpiecznego wylądowania, coś bardzo mocno zacisnęło się wokół jego kostki. Zanim zdążył zrozumieć, co właściwie się dzieje, Gohan zaczął uderzać nim o ziemię jak wężem.
– Odebrałeś karę za zaatakowanie kobiety. Nie tak nas wychowano – powiedział starszy brat, gdy nachylił się nad nim. Pomimo przyjęcia kilku poważnych uderzeń, nie wydawał się specjalnie zmęczony czy poobijany. Stwierdzając, że jego przesłanie dotarło do uszu Gotena, odwrócił się od niego i odszedł w stronę lądującego niedaleko Piccolo.
Już chciał się odezwać, widząc karcące spojrzenie Nameczanina, ale słysząc przytłumioną salwę przekleństw za plecami, zamilkł. Odwracając się, zobaczył z trudem podnoszącego się brata. Będący w zwykłej formie wojownik wspierał się na jednej ręce, gdy drugą miał wygiętą pod nienaturalnym kątem. Podobnie jak brat, zerwał z siebie resztki górnej części gi. Robiąc kilka chwiejnych kroków w jego kierunku, wycelował oskarżycielsko palcem.
– Ty… Nie skończyliśmy walczyć!
– Wystarczy. Pokonałem cię. Nie jesteś zdolny do kontynuowania walki. Zresztą, nawet będąc zdrowym, nie masz ze mną szans. Pogódź się z tym, braciszku – pomimo takich słów, Gohanowi zaimponował hart ducha młodszego brata. Nie spodziewał się po nim takiego zachowania.
– Nie braciszkuj mi teraz! Gdybyś pozwolił mi przejść taki sam trening, jak twój… już dawno bym ci dorównał, albo nawet cię przegonił, rozumiesz?! – W jeszcze bardziej bojowym nastroju, Goten zaczął stawiać coraz bardziej zdecydowane kroki. Sprawną rękę zacisnął w pięść, będąc gotowym na skontrowanie ewentualnego ciosu ze strony brata.
– Nie jesteś wcale taki potężny, Gohan. Nie rozumiesz? Nie potrzebowałem treningu z ojcem, żeby udało mi się przemienić. Przyszło mi to naturalnie. Pokonałbym Buu, gdyby nie ograniczenia czasowe fuzji. Gdybym tylko trenował wcześniej dość często i mocno, to już dawno bym cię pokonał!
Ku jego zdziwieniu, Gohan uśmiechnął się. Nie był to jednak przyjazny odruch, bo jego oczy wciąż pozostawały chłodne.
– Bo nie zasługujesz na taki zaszczyt. Jesteś słaby. Nawet Trunksa nie możesz pokonać, a twierdzisz, że byś dał rade mnie? Daj spokój, braciszku. To nie jest dobry moment na żartowanie.
Słowa starszego brata uderzyły go z większą siłą, niż przyjęte wcześniej ciosy. Tracąc równowagę, upadł na jedno kolano. Wypełniający go ogień wybuchł pod postacią ponownej przemiany w Super Saiyanina. Wściekły wojownik uderzył sprawną pięścią w ziemię, zostawiając po sobie głęboką dziurę. Wstając, był już na drugim poziomie transformacji.
Słowa, które padły z jego ust w następnej chwili, zdziwiły Gohana i Piccolo:
– Skoro nie dajecie mi takiej szansy, to pójdę śladami ojca!
Zaraz po tym okolicę zalało jasne światło, niebo pociemniało, a jedynym dźwiękiem był furiacki krzyk Saiyanina.

– Zachowaj czujność, Oishi. Moc starego samca gwałtownie rośnie – odezwał się podenerwowany głos w uchu Saiyanina. Potężny mężczyzna potwierdził krótkim mruknięciem. Nie musieli mu o tym mówić, ponieważ jego własny scouter na bieżąco analizował całą sytuację.
A ta była wielce interesująca. Oishi doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że jego przeciwnik dopiero teraz postanowił pójść na całość. Jego mięśnie w niewielkim stopniu się rozrosły, a spod skóry widoczne były strąki żył. Gleba pod stopami prawie pokonanego ziemianina rozstąpiła się nieznacznie, przez co ten zapadł się w niej po kostki. Najdziwniejsza była jednak jego aura. Jeszcze sekundy wcześniej była biała, a przy tym gwałtownym wyzwoleniu dodatkowej mocy, stała się szkarłatna.
– Pewnie straci na szybkości – zauważył drugi głos.
Bardzo się pomylił. Stary samiec doskoczył do Oishiego z o wiele większą niż poprzednio szybkością. Saiyanin, będąc wojownikiem od wielu lat, wyprowadził krótki cios ręką, który miał na celu zastopowanie natarcia na bliskim dystansie. Jak wielkie było zatem jego zdziwienie, gdy przeciwnik po prostu zniknął mu z oczu, a w następnej chwili trafił kopnięciem zza jego pleców. Zanim Oishi się otrząsnął, przyjął z powietrza kolano, po którym scouter nie wytrzymał. Odłamki szkła wbiły się w jego oko, boleśnie go okaleczając i ograniczając pole widzenia.
A starzec jakby z każdym ciosem rósł w siłę. Fragmenty saiyańskich myśli, które formowały się podczas przyjmowania kolejnych ciosów, dotyczyły głównie podziękowania za niemożliwy do rozbicia pancerz chroniący jego organy.
Słysząc rozkaz dobiegający już nie ze słuchawki, ale wykrzyczany od towarzyszy, przebudził się z pewnego rodzaju letargu. Stopniowo zaczął odpowiadać na ciosy, by wreszcie dojść do momentu, gdy znów walczył ze starcem jak równy z równym.
Aż kolejny raz przyjął cios na nowopowstałą martwą strefę wzroku, po czym całkowicie go zamroczyło.

Alfa niedowierzał. Moc starego samca momentalnie urosła, przez co stał się bardzo niebezpiecznym wrogiem. Widząc swojego żołnierza w opałach, pozbawionego możliwości komunikowania się, wypowiedział się na tyle głośno, że Oishi mógł go usłyszeć bez problemu:
– To poważna walka, a nie jakaś rzeź słabych prymitywów! Weź się w garść i wreszcie go zabij!
Skutecznie tłumił nerwy, nie chcąc pokazywać narastających wątpliwości przed swoimi podwładnymi. Cieszył się z posiadania maski, która zasłoniła grymas na jego twarzy. Warcząc przekleństwa, dokonywał pomiarów siły mężczyzny, a ta rosła z każdym atakiem. Słysząc jego polecenie, Oishi powrócił z dalekiej podróży. Wydawało się, że gigant już odzyskał kontrolę nad pojedynkiem, gdy nagle po jednym z ciosów na okaleczone oko zachwiał się.
Gdy Oishi padał na plecy, Alfie wydawało się, że ktoś przemówił za niego:
– Kazawa, Xien, zabijcie starca.
Jakby od dawna oczekując na ten sygnał, dwóch najeźdźców z pośpiechem ruszyło przelać krew osoby, która mogła zabić ich towarzysza.

– Za tobą! – tylko tyle zdążył wykrzyczeć Mitsau, widząc rozwój wydarzeń. Gdy tylko gigant zachwiał się i zaczął lecieć na plecy, dwóch towarzyszy ruszyło mu z pomocą. Krótkie sekundy rozciągnęły się do wieczności, dzięki czemu młody mężczyzna, głęboko tłumiąc poczucie podziwu na widok doskonałej koordynacji przeciwników, obserwował ich równoczesny lot w kierunku Mistrza. W tym samym momencie odchylili się, składając dłonie w pięści i wymierzyli ciosy na głowę Ziemianina.
Siła uderzenia wznieciła potężne tumany kurzu i drobnych fragmentów skalistego podłoża, przez co zobaczenie wyniku tego ataku było niemożliwe przez dłuższą chwilę. Gdy jednak chmura się przerzedziła, obserwatorzy niedowierzali w to, co pokazało się ich oczom. Stary Ziemianin wciąż stał. Co prawda było to dobre dziesięć metrów dalej, na dodatek prawie po kolana wbity w ziemię, ale o własnych siłach. Ręce miał skrzyżowane przed twarzą, dłońmi do zewnątrz.
On… Zablokował ich?
Tak właśnie było. Palce mieszkańca Ziemi zaciskały się na okrytych rękawicami dłoniach przybyszów. Zaskoczeni napastnicy nie ponowili ataku od razu, co Mistrz zaraz wykorzystał. Ponownie otoczony czerwoną aurą, odepchnął ich od siebie i wzbił się w powietrze. Zaraz za nim pomknęło kilkadziesiąt pocisków energetycznych, wypuszczonych przez obu jego wrogów. Mężczyzna, co wydawało się niemożliwym, zwiększył dwukrotnie prędkość, płynnie wykonywanymi manewrami unikając morderczych wiązek. Nie uśmiechał się, walka o życie nie była dla niego zabawą.
Znienacka jeden z kosmitów pojawił się przed nim, kopiąc go z całej siły w twarz. Mistrz poczuł, jak gdyby przeżył starcie z rozpędzonym pociągiem. Jego ciało odleciało na kilka metrów z powrotem w górę. Plując krwią, rozejrzał się po polu bitwy. Drugi napastnik właśnie wbijał dziwny przedmiot. Leżącym nieprzytomnie gigantem nagle szarpnęło, jakby został rażony prądem. Co najgorsze, przebudził się i dochodził do siebie.
– Nieźle. Ale ja też nie powiedziałem ostatniego słowa – obnażając zęby obserwował, jak unoszący się przy nim mężczyzna zerka na swoich towarzyszy, którzy wciąż nie dołączyli do walki. Otoczony czerwonymi płomieniami Ziemianin kopnął Saiyanina w ramię, odrzucając go od siebie. Zaraz po tym ruszył na wciąż wyłączonych z rozgrywki napastników. Składając ręce przy boku, chciał wyeliminować ich jednym atakiem.
Zanim jednak zdołał chociaż otworzyć usta, wcześniej kopnięty wróg pojawił się przy nim i związał walką. W tym czasie olbrzymi wojownik zdołał dojść do siebie. Razem z towarzyszem, który go przebudził, włączył się do starcia. Trzech przeciwników atakowało Mistrza z każdej strony, co nie ułatwiało mu i tak już wymagającej walki.
Mężczyzna wystrzelił z najbliższej odległości serię pocisków ki, co pozwoliło mu odlecieć na chwilę. Poobijany i zakrwawiony wylądował niedaleko Mitsau i Yuki. Jego uczeń, zgodnie z rozkazem, nie ruszył mu z pomocą. Mistrz raz jeszcze spojrzał w jego kierunku.
– Kobayashi Wakameda – powiedział, ocierając zakrwawioną twarz. – Tak się nazywam, mój mały. Nie wyjdę z tego cały, niezależnie od tego, czy wygram. Następna technika mnie wykończy.
– Mistrzu, ale jak to?! Nie możesz mnie zostawić! – Gdy słowa wypowiedziane przez starego mężczyznę dotarły do Mitsau, załamał się. Nie mógł uwierzyć w wizję zostania samemu na świecie.
– Ktoś się tobą zaopiekuje – Kobayashi uśmiechnął się łobuzersko do niego, żeby zaraz znów skupić wzrok na krążących w powietrzu wrogach. Stanął na szeroko rozstawionych nogach i naprężył całe ciało.
– Przepraszam, że nie nauczyłem cię życia. Chciałbym, żeby ta dziewczyna wzięła na siebie ten ciężar, bo nie pozwoli sobie wejść na głowę. A teraz… trzykrotny kaio-ken!
W twarz zaskoczonego Mitsau uderzyła fala gorąca. Otoczony czerwoną poświatą mistrz stał się jeszcze większy. Rozrośnięte mięśnie kryły w sobie rozbudzoną energię, która miała zostać skierowana na trzech przeciwników. Jeszcze szybszy niż wcześniej, wystrzelił jak strzała w powietrze.
– Tęskniłeś? – usłyszał zza pleców. Zdumiony zobaczył lecącą obok niego Neko.
Zamiast jej odpowiedzieć, zaatakował największego przeciwnika, z którym wciąż miał niedokończone sprawy. Zanim ten zdążył zareagować, Kobayashi najpierw trafił go z góry łokciem w głowę, a następnie kolanem w brzuch. Zaraz po tym skręcił się w ciasnym obrocie i poprawił mu ciosem piętą w potylicę, posyłając go tym samym pionowo w dół. Oishi wbił się z trzaskiem w ziemię, wzbudzając tym deszcz odłamków i kurz.
W tym czasie Neko latała wokół pozostałej dwójki, ostrzeliwując ją gradem pocisków. Gdy tylko dostrzegła, że Kobayashi dolatuje do nich, przerwała ogień i sama rzuciła się w wir walki. Minęła się z nim w powietrzu, atakując przeciwnika, którego ten zostawił za plecami. Wymieniali ciosy i kopnięcia z wielkim zaangażowaniem, para przy parze. Zaraz jednak układ sił ponownie wrócił do starego stanu, gdy potężnych rozmiarów wojownik wrócił do walki.
Nekomata w sercu czuła, że gdyby wtedy starzec bronił się z podobnie wielką determinacją, to by ją zabił. Mając do dyspozycji taką technikę, hamował się przed jej wykorzystaniem w walce z nią.
W pewnym momencie zagapiła się, przez co łokieć wroga miał trafić w jej twarz. Coś nagle zapiekło ją na przedramieniu i nieznana siła szarpnęła nią do tyłu. Zdążyła zauważył mijającą ją krwistoczerwoną smugę, która uderzyła w jej przeciwnika. Wykorzystując rozpęd nadany gwałtownym ruchem, zamachnęła nogą. Zanim jeszcze zauważyła efekt, poczuła trafienie w któregoś wroga.
– Pilnuj się, do cholery! – usłyszała zza pleców, co skwitowała uśmiechem niewiniątka. – I może zaczniesz korzystać z tej całej magii? Przyznam, że by to ułatwiło nam walkę!
Walka z każdą minutą nabierała rozmachu. W pewnym momencie tylko Alfa poruszał głową, kierując wzrok tam, gdzie akurat miał miejsce pojedynek. Po kilku minutach z nieba spadła krwawa kometa. Tuż przed powierzchnią ziemi się zatrzymała i wystrzeliła z powrotem w powietrze. Jak się okazało, z nieboskłonu został strącony jeszcze jeden wojownik. Kobayashi uderzył z całej siły w kręgosłup najmniejszego Saiyanina. Pomimo pancerza, wiedział o złamaniu mu kręgosłupa. Zapobiegając ewentualnej możliwości jego powrotu do walki, skręcił mu kark i cisnął trupa kilkanaście metrów niżej.
Kobayashi oderwał pozostałych wrogów od Neko, pozwalając jej skoncentrować się na tworzeniu zaklęć. Pomimo walki przeciwko dwóm wymagającym osobnikom, wyczuwał powoli rosnącą przewagę. Jego ataki dochodziły do celu raz za razem, boleśnie wytykając błędy w saiyańskiej obronie. Jednak, ze względu na wykorzystywanie ostatecznej formy techniki wzmacniającej, nie mógł sobie pozwolić na wystrzelenie choćby najmniejszego pocisku energetycznego. Podobnego problemu nie mieli zamaskowani przeciwnicy, często nękając go technikami wykorzystującymi energię ki.
– Dziadku, teraz! – Neko pojawiła się za Oishim. Mistrz zauważył, że jedną dłoń kobiety otaczają kolorowe iskry. Niby od niechcenia klepnęła Saiyanina drugą dłonią. Efektem tego był całkowity paraliż.
Drugi z napastników zdążył się do niej odwrócić akurat w momencie, gdy przystawiła dwa palce do jego czoła, niczym pistolet. Czarownica uśmiechnęła się do niego niewinnie, a w następnej chwili jego czaszkę przebiła ledwo widoczna wiązka energii. Ostatniego Kobayashi wykończył serią ciosów, zanim ten zdążył uderzyć o podłoże.

Oishi, Kazawa, Xien. Moi synowie. Martwi.
Alfa patrzył na samicę–wiedźmę i starego samca. Pierwsze z nich ścierało krew z twarzy, wydając się przy tym zadowolonym z przebiegu wydarzeń. Drugie zaczynało opadać z sił, których to nadużyło w starciu z jego synami. Patrzył na nienaturalnie powyginane trzy ciała leżące wokół nich. I czuł gniew tak potężny, jak jeszcze nigdy wcześniej. Żył z walki, tracił żołnierzy, ale dotychczas na żadnej planecie nie zginął ktoś tak mu bliski.
Spojrzał ostatni raz na młodszego samca i kryjącą się za nim samicę. Dostrzegał w nim podobieństwo, iskrę podniecenia widokiem walki. Zamierzał mu ją dać na samym końcu, gdy reszta świata upadnie do jego stóp.
Gdy ruszył do ataku, był niczym wiatr. Znając zdolności obojga, nie mógł przegrać. A oni nie mogli wygrać z kimś jego pokroju. Wojownik pojawił się pomiędzy nimi tak gwałtownie, że nie zareagowali na czas. Złapał wiedźmę za twarz i wleciał z nią w zbocze wzgórza. Uderzając nią o skały, nie poczuł żadnej ulgi. Wyrzucone w powietrze ciało przypominało szmacianą lalkę, na którą właśnie natarła niszczycielska siła. Alfa posłał w jej kierunku ładunek energetyczny wielkości piłki lekarskiej i w rozbłysku eksplozji spadł na starca.
Ten, nawet wykorzystując swoją dziwną technikę, nie był dla niego godnym przeciwnikiem. Dlatego traktował go równie delikatnie, co samicę. Bez przeszkód uniknął serii ciosów, by na koniec złapać jego pięść, która mierzyła w zamaskowaną twarz. Widząc rodzący się głęboko w duszy przeciwnika strach, odczuwał prawdziwą rozkosz. Zaciskając palce na jego dłoni, czuł pękające kości. Puścił dopiero, gdy został z niej bezkształtny wrak.
– Umrzesz z honorem, jak przystało na wojownika – mruknął, chociaż wiedział, że starzec go nie zrozumiał. Alfie imponowało, że nawet wtedy ośmielił się atakować. Rozłożył ręce w zapraszającym geście, a starzec trafiał raz za razem swoimi ciosami ręką i nogami.
W pewnym momencie coś się zmieniło. Szkarłatna aura wokół Ziemianina zniknęła, a jego masa wróciła do normalnych rozmiarów.
Więc to jest twój limit. Ja nawet się nie rozgrzałem. Taka szkoda.
Nagle odskoczył. W miejscu, w którym przed chwilą stał, wylądowała wiedźma. Wyglądała, jakby właśnie uciekła śmierci spod kosy, ale w żółtych oczach wciąż miała dziki błysk. Rzuciła się na niego z wściekłym warczeniem, próbując trafić go otwartymi dłońmi. Znając wiążące się z tym ryzyko, Alfa błyskawicznie złamał jej obie ręce. Trafił wiedźmę pięścią w twarz, łamiąc jej przy tym wszystkie możliwe kości.
– Tym razem nie przetrwasz – warknął stając nad nieprzytomną samicą. Stopa w ciężkim bucie spadła na jej szyję. Ciało wbiło się w ziemię, która pękła pod wpływem siły uderzenia. Pomimo hałasu z tym związanego, do uszu Saiyanina doszedł dźwięk pękającego karku.
Śmierć starca musiała być spektakularna. Chciał, żeby tamta dwójka czuła strach związany z jego mocą. Dlatego zaciągnął mężczyznę przed jego towarzyszy. Patrząc w oczy młodszego samca, powalił starszego na kolana. Zgodnie z przypuszczeniami, tamten nie ruszył się.
Krótkim szarpnięciem zakończył życie osoby, która ośmieliła się zabić jego ukochanych synów.
W tym momencie na całą Ziemię  został wydany wyrok śmierci.
Szablon wykonała Sasame Ka z Ministerstwo Szablonów